Mija rok od zaprzysiężenia Donalda Trumpa na stanowisku prezydenta Stanów Zjednoczonych. W tym czasie zdążył on wstrząsnąć kilkoma regionami świata, a już zwłaszcza gabinetami dyplomatów i eurokratów. Ledwie niedawno na jego rozkaz amerykańskie wojsko porwało/aresztowało/wzięło do niewoli Nicolasa Maduro, Kubańczycy jeszcze nie zdążyli osuszyć łez po swych zabitych „bohaterach walki z imperializmem”, którzy stanowili ochronę wenezuelskiego dyktatora, a już mamy kolejne globalne przedstawienie – wojnę handlową o Grenlandię. Dlaczego handlową? Bo na razie sprowadza się ona do umowy kupna – sprzedaży największej wyspy świata.
Muszę przyznać, że nie doceniłem Trumpa i w tekście dla tygodnika „Sieci” podsumowującym najmniej ważne wydarzenia 2025 roku napisałem, że zapomniał o tych śnieżnych i lodowych połaciach, że nie dotrzymał zapowiedzi złożonej jeszcze przed zaprzysiężeniem, iż będzie chciał przejąć kontrolę nad tym obszarem. Okazało się jednak, że wokół Grenlandii zapanowała cisza przed burzą i jak tylko Trump odniósł wielki sukces w Wenezueli, to podbudowany, napompowany adrenaliną i endorfinami wrócił do pozornie porzuconej sprawy. Na własne usprawiedliwienie muszę dodać, że rok temu pisałem, że Trump może zechcieć po prostu Grenlandię kupić. A na tych, którzy się będą przeciwstawiać – Unię i Kanadę nałoży wysokie cła.
Po co Ameryce Grenlandia? O tym pisano wielokrotnie – strategiczne minerały, strategiczne położenie, szlaki komunikacyjne i bezradna Dania, która nie radzi sobie z rosnącymi wpływami Chińczyków i Rosjan w tym regionie świata. Ci drudzy na szczęście wykrwawiają się na Ukrainie, ale jakby gdzieś na Grenlandii ot tak założyli sobie jakąś tam bazę, to Kopenhaga z całą tą Unią nie wiedziałaby co ma zrobić. Unia jest przyzwyczajona, że obce siły, obce nacje mogą na jej terenie, ot tak swoje bazy zakładać gdzie chcą. Np. kurdyjskie, irackie, syryjskie gangi mają swe bazy w wielu szwedzkich i niemieckich miastach, pakistańskie w brytyjskich a islamiści we francuskich.
I to jest jeden z powodów fundamentalnego zainteresowania Trumpa Grenlandią. Europa traci kontrolę nad Europą. Ta teza wprost jest zapisana w ogłoszonej niedawno amerykańskiej strategii bezpieczeństwa.
Większe problemy, z którymi mierzy się Europa, obejmują działania Unii Europejskiej i innych instytucji ponadnarodowych, które podważają wolność polityczną i suwerenność, politykę migracyjną przekształcającą kontynent i rodzącą napięcia, cenzurę wolności słowa i tłumienie opozycji politycznej, dramatyczny spadek dzietności oraz utratę narodowych tożsamości i poczucia własnej wartości-
czytamy w ogłoszonej w grudniu nowej strategii bezpieczeństwa USA
Jeśli obecne trendy się utrzymają, kontynent będzie nie do poznania w ciągu 20 lat lub wcześniej. W związku z tym wcale nie jest oczywiste, czy niektóre państwa europejskie będą dysponować gospodarkami i siłami zbrojnymi wystarczająco silnymi, by pozostać wiarygodnymi sojusznikami.
I dalej:
W dłuższej perspektywie jest więcej niż prawdopodobne, że w ciągu najbliższych kilku dekad część członków NATO stanie się krajami o większości nieeuropejskiej.
Inaczej mówiąc to obcy, muzułmański żywioł może dominować w niektórych krajach NATO i na dodatek dysponować ich bronią jądrową.
Oczywiście akcja Trumpa jest pokazem arogancji, buty i agresywnej siły, ale niezależnie od tego czy nam się takie stawianie spraw przez niego podoba, to kilka rzeczy wymaga wyjaśnienia i sprostowania zanim będziemy powielać bzdury np. eurokratów.
Otóż nie mają on nic do gadania w sprawie Grenlandii, podobnie jak zasadniczo Dania. Ta już w 1917 roku sprzedała Stanom Zjednoczonym należące do siebie terytoria - Wyspy Dziewicze. W 1867 była też bliska sprzedaży Grenlandii, ale ostatecznie po kupnie Alaski Ameryka zrezygnowała z kolejnych milionów km śniegu i lodu. Sprawa wróciła w 1946. 5 lat wcześniej w 1941 roku kiedy Dania była okupowana przez Niemcy jej rząd na uchodźstwie (w Kopenhadze rządzili kolaboranci) oddał Grenlandię pod protektorat Stanów Zjednoczonych. Na wyspie wylądowały amerykańskie wojska i to zapobiegło jej zajęciu Grenlandii przez Niemcy. Ostatecznie jednak do transakcji nie doszło.
Precedensy w handlowym załatwianiu spraw terytorialnych pomiędzy Danią a Stanami Zjednoczonymi już są.
W 2019 roku, kiedy Trump za swej pierwszej kadencji powrócił do pomysłu kupna Grenlandii na pomysł z oburzeniem zareagowała premier Danii Mette Frederiksen, która oświadczyła, że Grenlandia nie jest na sprzedaż i nie jest duńska, tylko należy do jej mieszkańców. Była to prawdziwa i bardzo głupia wypowiedź. Skoro Grenlandia nie jest duńska, to Dania nie ma nic do gadania w sprawie tego czy aby jest na sprzedaż, czy też nie.
Status wyspy jest taki, że jest ona podmiotem sui generis zawieszonym pomiędzy terytorium autonomicznym, a suwerennym państwem. Od 1979 roku Grenlandia ma własny rząd i parlament. W 2009 roku przyjęta została ustawa o samorządności Grenlandii, która daje jej pełne prawo do ogłoszenia niepodległości. W tej sprawie musiałoby się jednak odbyć referendum. W 2024 roku powołano komisję do uruchomienia najsłynniejszego na Grenlandii paragrafu 21 z tejże ustawy, który mówi o pełnej niepodległości. Jeśli więc Grenlandia ja ogłosi a potem się Ameryce sprzeda to Dania nie ma w tej sprawie nic do gadania.
Jeszcze głupszych wypowiedzi udziela teraz minister spraw zagranicznych Francji Jean-Noël Barrot, który oświadczył, że Grenlandia nie jest na sprzedaż. A niby z jakiej racji miałby cokolwiek do powiedzenia w sprawie tego czy coś, co nie należy do Francji, jest na sprzedaż czy nie jest.
Grenlandia nie należy nawet do Unii Europejskiej. W 1973 roku weszła do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej wraz z akcesją Danii, ale po 12 latach – w 1975 roku się z niej wypisała i wracać nie zamierza. Unia Europejska może sobie o Grenlandii gadać tak jak o Wietnamie albo Ghanie.
Zasadniczo więc Trump może kupić Grenlandię od Grenlandii. Poleci na nią z dużą walizką, spotka się z premierem Jensem Friederikiem Nielsenem i powie: Dzień dobry jestem pan Trump i mam propozycję nie do odrzucenia. Zorganizujcie referendum w sprawie niepodległości i sprzedania się Ameryce, a ja zapłacę milion dolarów każdemu kto zagłosuje za.
Kładzie walizeczkę na stole i oznajmia, że jest w niej 20 mld kochanych dolarów. Tyle co na waciki, ale wystarczy. Potrzebuje jakieś 20 tys głosów, bo Grenlandia ma 56 tys mieszkańców. A jak będzie miał gest to dorzuci 36 miliardów i każdy na Grenlandii będzie milionerem – nawet staruszek Eskimos alkoholik i nowo narodzone dziecię. Unia z Danią pokrzyczą, co najwyżej na chwilę obrażą się i tyle.
Szanowni Pastwo pomyślą, wyobrażą sobie. Ledwie 56 tysięcy ludzi na ponad 2 milionach km kwadratowych lodów i śniegów. Milion dolarów do wzięcia – dla przeciętnej rodziny 4 miliony, czyli niewyobrażalne bogactwo w zamian za oddanie się pod opiekę Amerykanom.
Nie wiem jakie rdzenni Grenlandczycy żywią uczucia wobec Duńczyków, ale całkiem możliwe, że szczerze ich nienawidzą, bo mają za co. Kopenhaga zawsze traktowała tubylczych Inuitów jak ludzi pośledniego gatunku. W latach 50-ych odbierano na Grenlandii dzieciaki i oddawano je na wychów rodzinom na kontynencie, by zrobić z nich prawdziwych rasowych Duńczyków. Eksperyment się nie udał, więc dzieciaki osadzono w domach dziecka.
Do połowy lat 70-ych trwała skrajnie nikczemna, patologiczna jak u nazioli akcja, pozbawiania młodych dziewcząt zdolności prokreacyjnych. Podstępem, pod pretekstem kontroli zdrowotnej przez lata „zamontowano” 4600 dziewczętom spirale antykoncepcyjne. 4600 okaleczonych fizycznie i psychicznie dziewcząt w kraju liczącym 56 tysięcy mieszkańców. Niektóre po latach dowiedziały się dlaczego nie mają dzieci, niektóre zmarły po komplikacjach, wiele stało się bezpłodnych.
Jeszcze rok temu odbierano inuickim rodzinom dzieci pod pretekstem niezaliczenia tzw. duńskiego testu rodzicielskiego.
Unia na butne zapowiedzi czy też propozycje Trumpa zareagowała histerycznie i groteskowo. Farsą było wysłanie dwudziestu kilku żołnierzy w ramach jakichś tam z nagła ogłoszonych duńskich manewrów Operation Arctic Endurance – operacji z udziałem kilku państw europejskich NATO.
Trump zapowiedział wprowadzenie od 1 lutego 10% ceł na kraje sprzeciwiające się przejęciu kontroli nad Grenlandią przez Stany Zjednoczone, więc na drugi dzień Niemcy ściągnęli z powrotem swych kilkunastu czy kilku żołnierzy. Od 1 czerwca mają być wprowadzone kolejne cła m.in. na Szwecję, Francję, Danię, Wielką Brytanię.
Bruksela już zapowiada akcję odwetową i rozważa nałożenie ceł na amerykańskie towary i zastosowanie tzw Instrumentu Antyprzymusowego (ACI), który mógłby zablokować amerykańskim firmom dostęp do przetargów publicznych, inwestycji lub działalności bankowej, albo ograniczyć wymianę usług. Chodzi głównie o usługi cyfrowe, a więc też o wielkie media społecznościowe. Instrument przewidziany jest jako broń odwetowa gdyby jakieś państwo, organizacja chciało wywrzeć metodami ekonomicznymi wpływ na decyzje polityczne.
Polacy doskonale znają mechanizm wpływania pieniędzmi na decyzje polityczne, bo byli przez Unię tresowani pozbawianiem dostępu do funduszy unijnych i pożyczek KPO za to, że mieli nieprawidłowy rząd.
To pokazuje jaka patologiczną, dysfunkcjonalną strukturą jest Unia Europejska. Oto kraje, które nie potrafią kontrolować własnych terytoriów nagle zamierzają jak niepodległości bronić odległej, lodowej wyspy, z którą nie mają nic wspólnego. Rumuni, Bułgarzy, Grecy i my Polacy być może będziemy więcej płacić za amerykańskie towary, bo Niemcom zachciało się robić awanturę i grać na rozbicie więzi transatlantyckich. W praktyce sprowadza się to do tego, że my mamy płacić więcej za importowany z USA gaz, bo Amerykanie nałożyli cła na Niemców.
Grenlandia dla Paryża i Berlina to znakomity pretekst by zrywać z Ameryka i budować tu bez przeszkód własne porządki – jakąś koszmarną syntezę niemieckiego ordnung i francuskiego bordel. Ani Niemcom, ani Francuzom nie zależy na jakichś tam Inuitach z Grenlandii. Cała awantura ma prowadzić do mobilizowania się Europy wokół nich, wokół Brukseli.
Nam wmawia się, że mamy jakieś moralne zobowiązanie wobec Danii i powinniśmy się poświecić by Grenlandia nadal do niej należała. Tymczasem z punktu widzenia naszego bezpieczeństwa lepiej by wielką wyspą opiekowały się nią Stany Zjednoczone niż Dania, Niemcy, czy Francja, które nie potrafią zadbać o same siebie.
Oczywiście Bruksela żadnych poddanych narodów drugiej kategorii o nic nie zapyta i jak się władcom Unii zachce to zaordynuje, że Polacy, Grecy, Słowacy, Chorwaci, Grecy mają więcej płacić, by chronić sprzedaż niemieckich towarów w Ameryce.
Do kogo Grenlandia ma należeć to sprawa tylko jej mieszkańców. Jeśli o mnie chodzi to nie mam żadnych problemów z tym by Grenlandia sprzedała się Ameryce i złamanego grosza nie dałbym za to by została duńska.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/751104-polska-nie-ma-zadnego-interesu-by-bronic-dunskosci-wyspy
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.