W związku z zapowiedzią całkowitej likwidacji tzw. tarczy energetycznej od 1 stycznia 2026 roku minister Motyka i jego współpracownicy z resortu energii po wielokroć zapewniali, że ceny energii elektrycznej mimo wszystko nie wzrosną. I rzeczywiście w połowie grudnia 2025 roku, URE ogłosił, że taryfy na energię elektryczną na rok 2026 zostały zatwierdzone na poziomie 495 zł/MWh, czyli o zaledwie o 1 proc. niższą niż ta mrożona na rok 2025. Tyle tylko, że od 1 stycznia bardzo mocno rośnie opłata mocowa, aż o około 50 proc. dla gospodarstw domowych i o około 55 proc. dla przedsiębiorców, rośnie także o około 45 proc. tzw. opłata kogeneracyjna. Wprawdzie ta pierwsza jest zróżnicowana w zależności od ilości zużywanej energii, ta druga ma charakter jednolity, ale nie ulega wątpliwości, że średnio podwyższą one rachunki za energię elektryczną od 1 stycznia tego roku o około 10 proc.
Co więcej „przymuszanie” przez ministra Aktywów Państwowych spółek energetycznych do złożenia „odpowiednio przygotowanych”, wniosków taryfowych do URE, a więc niższych, niż wynikałoby to z ponoszonych kosztów, oznacza poniesienie strat przez te spółki. I rzeczywiście w związku z tym, że to spółki giełdowe, to tuż po złożeniu wspomnianych wniosków taryfowych do URE, ogłosiły one komunikaty adresowane do akcjonariuszy o tym, że z tego tytułu poniosą straty, które szacunkowo łącznie sięgną w roku 2026 prawie 1 mld zł. Polska Grupa Energetyczna wstępnie oszacowała te straty na poziomie 560 mln zł, Tauron S.A na poziomie 160 mld zł, a Enea S.A na poziomie prawie 180 mln zł i wszystkie one utworzą rezerwy odpowiadające wielkościom tych przewidywanych strat. A więc nie ulega wątpliwości, że za pomysły ministra aktywów i ministra energii wymuszające na spółkach energetycznych wnioski taryfowe, powodujące straty spółek, zapłacimy niższymi wpłatami podatku dochodowego przez te spółki do budżetu państw, niższymi poziomami wypłacanej dywidendy, a akcjonariusze zapewne spadkami wartości ich akcji.
Jednocześnie rządząca koalicja już od ponad 2 miesięcy mrozi w sejmowej zamrażarce prezydencki projekt ustawy umożliwiający obniżenie cen energii elektrycznej o przynajmniej 30 proc. Projekt prezydencki przygotowany przez jego zaplecze eksperckie jest oparty na 4 filarach, przy czym ten pierwszy - to likwidacja kilku opłat wchodzących w skład rachunków za energię elektryczną: opłaty OZE, mocowej, kogeneracyjnej i przejściowej, drugi - ograniczenie kosztów tzw. zielonych i niebieskich certyfikatów, trzeci - obniżenie opłat dystrybucyjnych i czwarty - to obniżka stawki podatku VAT obciążającej sprzedaż energii z obecnych 23 proc. do najniższej wynoszącej 5 proc. Jak wyjaśniała po złożeniu tego projektu ustawy w Sejmie ekspertka pracująca przy tym projekcie Wanda Buk mimo tego, że zawiera on propozycje, których wartość jest szacowana w przedziale 11-14 mld zł rocznie, to powinien on być obojętny dla budżetu państwa, bo koszty te powinny zostać pokryte z dochodów ze sprzedaży certyfikatów ETS. Dochody z tego tytułu w 2024 roku wyniosły ok. 4 mld euro, a więc ponad 16 mld zł i jak należy się spodziewać w kolejnych latach, powinny być jeszcze wyższe, a 80-90 proc. wpływów z nich przeznaczane byłoby na pokrycie finansowych konsekwencji obniżek cen energii elektrycznej w Polsce.
Jak oszacowali eksperci z Kancelarii Prezydenta wprowadzenie rozwiązań zawartych w projekcie ustawy w przypadku gospodarstwa domowego zużywającego rocznie około 2 MWh energii, oszczędność będzie wynosiła około 800 zł. Przy czym, ponieważ rozwiązania przedstawione przez prezydenta, nie polegają tak jak tarcze energetyczne na mrożeniu cen, a na obniżaniu kosztów wytwarzania energii, to jeżeli gospodarstwo domowe będzie zużywało mniej, oszczędność ta będzie mniejsza, niż wspomniane 800 zł, a w przypadku zużycia większego, będzie po prostu większa. Oszczędności będą dotyczyły, co niezwykle ważne, także wszystkich innych podmiotów korzystających z energii elektrycznej, w tym przede wszystkim przedsiębiorców i wyniosą mniej więcej 1/3 do tej pory ponoszonych na ten cel ich wydatków. W uzasadnieniu tego projektu pokazano także zróżnicowanie korzyści dla poszczególnych rodzajów podmiotów w zależności od rodzaju taryfy, po jakiej rozlicza zużytą energie elektryczną, dla gospodarstw domowych ta obniżka wynosiłaby ponad 35 proc. dla firm produkcyjnych w tym energochłonnych o blisko 30 proc., dla małych i dużych punktów usługowych o około 25 proc.
Niestety i w tym przypadku widać, że rząd postawił na wojnę z prezydentem, a nie na działanie na rzecz Polaków, w konsekwencji od 1 stycznia będziemy mieli do czynienia ze średnią podwyżką cen energii elektrycznej w wysokości 10 proc., a nie z jej obniżką o ponad 30 proc. Ba okazuje się, żeby ta podwyżka od 1 stycznia, wyniosła „tylko” 10 proc., trzeba było „przymusić” spółki energetyczne, żeby zaniżyły propozycje taryfowe na rok 2026 do tego stopnia, że poniosą one straty, szacowane wstępnie na ok. 1 mld zł tylko w tym roku. A już do tej pory Polska należy do tych krajów UE, które mają najwyższe ceny energii elektrycznej (razem z Danią jesteśmy liderami tego niechlubnego rankingu) i w konsekwencji np. już przynajmniej kilkadziesiąt firm z kapitałem zagranicznym, funkcjonujące w Polsce od 20-30 lat, właśnie w roku 2025, podjęły decyzje o wyprowadzce swoje działalności z naszego kraju.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/750742-minister-motyka-niestety-po-raz-kolejny-minal-sie-z-prawda
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.