Aktorzy mogliby uznać, że są pierwsi ex aequo w miłości do Tuska i ferajny, ale u obu nie pozwoli na to sięgający Księżyca narcyzm. Musi być jeden zwycięzca.
Aktorzy Joanna Szczepkowska i Daniel Olbrychski zaciekle walczą. O miano największego miłośnika Rządu i Partii. Nagrodą mogłyby być używane crocsy Adama Michnika. Te same, w których zjawił się 4 czerwca 2011 r. w pałacu u prezydenta Bronisława Komorowskiego, aby upamiętniać czerwcowe wybory w 1989 r. Tym bardziej mogliby, że przecież i pani Szczepkowska, i pan Olbrychski kochają Adama Michnika co najmniej tak, jak Władzę i Partię, a może nawet mocniej.
Aktorka Szczepkowska wyspecjalizowała się w pleceniu piramidalnych bzdur o prezydencie Karolu Nawrockim. W stylu podrastającej, upstrzonej pryszczami pensjonarki. We wpisach na Facebooku zwykle snuje jakieś pretensjonalne pouczenia i wykonuje pedagogiczne misje, mając wiedzę tak skromną, że nie starczyłoby jej na ubogacenie przeciętej bakterii. Ale im mniej ma do powiedzenia, tym więcej słów z siebie wydala. 9 stycznia 2026 r. wydaliła na przykład informację, że „kilka dni temu, używając jako pośrednika aktora Stanisława Brejdyganta, napisał do mnie obszerny list doradca K. Nawrockiego, prof. Andrzej Nowak”. Oczywiście wyjątkowo nienachalna inteligencja nie pozwoliła aktorce Szczepkowskiej zorientować się, kim w polskiej elicie intelektualnej jest prof. Andrzej Nowak. Dlatego wystartowała do niego jak Filip z konopi, bredząc, że „być może doradca chciał, żebym go umieściła na swojej stronie, ale nie widzę żadnego powodu, żeby zajmować tym czas moim czytelnikom, choć pewnie do nich jest adresowany”.
Gdyby aktorka Szczepkowska znała dorobek i pozycję prof. Nowaka, to nie ośmieszałaby się, że jest „pouczona, czym jest kultura, a czym być nie powinna”. Miałaby też być pouczona o tym, że „Chrobry wielkim królem był, a uwagi podważające ten fakt nie mieszczą się w kanonach kultury”. Cały czas traktując prof. Nowaka jako „doradcę pałacowego”, pogrąża się jak typowy nieuk, który swego nieuctwa w ogóle nie dostrzega. I stwierdziła, iż „przyszło jej do głowy, że cała ta mowa [prezydenta] składa się z tekstów pisanych przez doradców. Brak jakiejkolwiek własnej myśli czuje się w mowie, w oczach, w mimice. Można powiedzieć, że Karol Nawrocki jest lektorem cudzych tekstów, w dodatku lektorem bardzo złym. Czyta jak robot, wygląda jak manekin”.
Jak się jest osobą, której teksty własne są ostatnio (kiedyś było trochę lepiej) zlepkiem megalomanii, ignorancji, narcyzmu, nielogicznego bełkotu, zlewozmywakowej psychoanalizy i pozamiatanych z różnych blatów resztek, to powinno się mieć więcej skromności. Ale nie aktorka Szczepkowska. W każdym razie zdążyła wykonać zlecone zadanie, czyli napisać, że „premier normalnie mówi, w dodatku to, co sam myśli!”. Prezydenta Nawrockiego poucza natomiast w kwestii lektur: „Uśmiałam się do łez, bo nasz lektor wyglądał jak uczeń, który nie znając lektury, udaje że czytał. Drogi lektorze pracujący w prezydenckim pałacu! Wybitne dzieło Orwella to czarna wizja przyszłości, w której rządzi Wielki Brat, kwintesencja autorytaryzmu”. I dalej popisuje się niczym jedenastoletnia pensjonarka mająca dydaktyczne zacięcie, mimo że w okolicach głowy tylko włosy.
Aktorka Szczepkowska tak się rozbujała w arogancji, za którą nie stoi żadna wiedza, że poleciła jeszcze prezydentowi „Ulissesa” Jamesa Joyce’a. Pewnie gdzieś słyszała, że to dzieło uznawane za trudne w odbiorze, choć wcale tak nie jest, bo tam dominuje głównie świetny humor, którego nasza dydaktyczka „za Chiny” nie jest w stanie dostrzec i pojąć. Bo, żeby dostrzec, musiałaby coś wiedzieć poza uczeniem się cudzych tekstów do ról (czasem własnych i scenicznych, ale niestety żenujących) i musiałaby mieć choćby śladowe pojęcie o interpretacji utworu literackiego. Ale nie ma i przecież nikt nie oczekuje od niej, żeby przeczytała i coś zrozumiała choćby z „Dzieła otwartego” Umberta Eco, tekstów Romana Ingardena, Michaiła Bachtina, Rolanda Barthesa, Hansa Jaussa, Michała Głowińskiego, Janusza Sławińskiego, Wolfganga Isera, Jurija Łotmana, Hansa-Georga Gadamera, Paula Ricoeura czy Jacquesa Derridy.
Wpisy aktorki Szczepkowskiego są głupiutkie i pretensjonalne, mimo że to głównie coś pisanego, więc byłby czas się zastanowić. Ale widocznie grafomania jest niezależna od formy. Natomiast aktor Olbrychski, głównie przemawia, choć to wywiady. I bardzo szybko zapomina, gdy jego historiozoficzne wywody, na przykład na temat Rosji, okazują się kompletnymi bredniami już po krótkim czasie. Ale Olbrychski lubi się popisywać, mimo że w wielu sprawach ma zero kompetencji. Ale przecież „nie matura, lecz chęć szczera…”.
7 stycznia 2026 r. Daniel Olbrychski pojawił się w programie „Pytanie dnia” Doroty Wysockiej-Schnepf. Rozmówcy dobrali się jak w korcu maku, choćby dlatego, że tak samo nienawidzą Karola Nawrockiego i Jarosława Kaczyńskiego. Gdy arcykapłanka zapytała pana Daniela o to, czy boi się powrotu prawicy do władzy, ten rzucił: „Ja nie lubię używać słów ‘przerażający’, bo mnie mało rzeczy przeraża, ale to jest bardzo przygnębiające, zdumiewające i wymagające czujności i bezwzględnej walki z tym, jak się da”. Czyli normalna, demokratyczna zmiana władzy jest „przerażająca”, jeśli nie wygrywa ukochana partia Donalda Tuska. To po co demokracja? Po co wybory?
Olbrychski chce wykazać czujność, pewnie rewolucyjną, czyli w stylu bolszewików, a skoro tak, to dziwi jego zaskakujący defetyzm:
Próbujemy apelować, my, artyści, ludzie tacy jak pani, zwracać się do społeczeństwa: opanujcie się, zastanówcie się, na kogo i w jakiej sprawie głosujecie. Przecież to jest wszystko przeciwko naszej ukochanej ojczyźnie.
Jak apelować? Wziąć za twarz i zmusić do praktykowania demokracji walczącej.
Olbrychskiego przeraża ten straszny prezydent. Jak on może „przeszkadzać rządowi w niemal każdej ważnej dla Polski sprawie”. Wiadomo, że ważne dla Polski jest tylko to, co robi Donald Tusk. Zresztą pan Daniel uważa, że prezydent został „wybrany naprawdę niewielkim procentem głosów”. Czy 50,89 proc. głosów, czyli 10 606 877 to mało? Prawie 370 tys. głosów przewagi nad Rafałem Trzaskowskim to mało? Ale najstraszniejsze jest to, że Karol Nawrocki „robi wszystko, żeby przeszkadzać rządowi w niemal każdej ważnej dla Polski sprawie. I nie myśli o dobru własnej ojczyzny, do czego został powołany i na co przysięgał. Myśli tylko o tym, żeby w Polsce było jak najgorzej i żeby odsunąć obecną władzę. To jest grzech śmiertelny człowieka na tym stanowisku”.
No nie. Odsunięcie od władzy szkodników Tuska demolujących Polskę to bardzo ważne i pozytywne zadanie. A przeszkadzanie Tuskowi, to pomaganie Polakom. I to naprawdę służy Polsce. I nie jest to żaden grzech pierworodny, ale zmazywanie tego grzechu. Ale miłość pana Daniela jest ślepa, więc uznaje za coś dobrego bicie i wszelkie inne patologie. On może obrywać, jeśli chce, ale dlaczego Polacy. Na razie nierozstrzygnięta jest walka o to, kto bardziej kocha Rząd i Partię: Szczepkowska czy Olbrychski. Mogliby ex aequo zająć pierwsze miejsce, ale u obojga narcyzm na to nie pozwoli. Musi być jeden zwycięzca. A to oznacza, że jeszcze czeka nas mnóstwo zalotów i oddawania się bez reszty Rządowi i Partii. Czyli będzie wesoło, bo poważnie o tych zalotach i rywalizacji pisać nie sposób.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/750435-trwa-ostra-walka-o-to-kto-bardziej-kocha-rzad-i-partie
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.