Donek policmajster powinien zacząć porządki od własnych kumpli i od samego siebie, bo skoro „każdy, kto łamie prawo, gorzko tego pożałuje”, to pierwszy powinien być właśnie on.
W noworocznym orędziu premier Donald Tusk Polskę wymienił pięć razy, Polaków – raz, zaś przymiotnik „polski” bądź „polskie” – siedem razy. Oznacza to, że na 436 słów całego wystąpienia „polskości” poświecił 4,13 proc. słów. Jak na Tuska to, umówmy się, sporo. Całe wystąpienie Tuska było połączeniem reklamy typowej dla biura turystycznego, wypracowania piątoklasisty na temat „napisz coś pozytywnego o Polsce”, tez z „Poradnika agitatora” II klasy, fantazmatów urojeniowych i zadań policmajstra.
Donald Tusk zaczął od „zdziwka”, żeby zainteresować widzów i słuchaczy: „Co to był za rok!”. I zaraz sam sobie odpowiedział, żeby go ktoś czasem nie ubiegł: „Komentatorzy na całym świecie prześcigają się w epitetach: rollercoaster, scenariusz dreszczowca, początek nowej ery, koniec znanego świata. Nawet ostatni dzień roku na drogach nad morzem i w górach okazał się dla wielu poważnym wyzwaniem. Tak, na świecie wydarzyło się i zmieniło bardzo wiele”. Można by to samo powiedzieć praktycznie o każdym roku, więc pojawiające się później „szczegóły ogólne” (autorstwo Lecha Wałęsy) nic nadzwyczajnego nie obejmują.
Donald Tusk odczuł przemożną potrzebę chwalenia się, choć zwykle cudzymi osiągnięciami. Na początek pochwalił się jak ktoś o językowej kompetencji piątoklasisty. No, bo niby, jaki jest związek logiczny i semantyczny między stwierdzeniem „chociaż świat dookoła trzęsie się w posadach”, a tym, że „Polska rozwija skrzydła”. Trzęsący się świat też może rozwijać skrzydła, a o Polsce wiadomo od Tuska tylko tyle, że gdzieś odlatuje. Pewne jest akurat to, że Tusk odlatuje.
Odlatujący Tusk doniósł wszem i wobec, że „w Polsce był to rok przełomu. Rok, w którym wzrost gospodarczy ruszył z kopyta. Skończyła się drożyzna. Rozpoczęliśmy wielkie inwestycje, inne oczyściliśmy z absurdów poprzednich lat. Uszczelniliśmy granicę. Naprawiliśmy zabagnione relacje z Europą i odzyskaliśmy nasze, polskie miliardy. Polacy zaczęli wracać z emigracji, a największe zagraniczne gazety piszą o Polsce jako absolutnym fenomenie. Nazywają naszą gospodarkę złotowłosą, czyli taką, jak ma być. A Warszawę uznają za najbardziej perspektywiczne miasto kontynentu. I to wszystko w roku, który wielu rozwiniętym krajom przyniósł widmo kryzysu i załamania”.
Wzrost nigdy nie „rusza z kopyta”, bo jest procesem. Tuskowi chodzi oczywiście o to, że ruszyło z jego kopyta, co jest pustym bajerem. Drożyzna się nie skończyła, bo inflacja wywołana przez pandemię i wojnę Rosji przeciw Ukrainie nie została wyzerowana, tylko była bazą dla wolniejszego wzrostu cen w ostatnich dwóch latach. Ale przecież nic nie kosztowało mniej niż dwa lata temu, a nawet nie kosztowało tyle samo, tylko więcej.
Ogłosił Donald Tusk, że „1000 lat polskiego państwa zobowiązuje. Jubileusz piastowskiej koronacji przypomina nam, że nie ma sensu narzekać na trudne czasy. Państwo musi sobie radzić w każdych czasach. 1000 lat własnej historii pozwala nam wyciągać własne wnioski. Bez oglądania się na innych”. 1000 lat odnosi się do Królestwa Polskiego, ale „historyk” Donald Tusk, nawet tak skrajnie niedouczony, mógłby wiedzieć, że polska państwowość jest o około 60 lat dłuższa (licząc od chrztu Polski), a właściwie to pewnie nawet o ok. 100 lat dłuższa.
Piątoklasista Tusk rozkminił, „co nam daje siłę i sukces, a co przynosi słabość i przegraną”. I wyszło mu, że „silna armia [to] bezpieczeństwo i wygrana”. Tyle że za jego drugich rządów podający się obecnie za ambasadora Polski w USA Bogdan Klich wespół w zespół z samym Tuskiem prawie polską armię zlikwidowali i na pewno nie oni ją odbudowali, tylko stało się tak podczas ośmiu lat rządów Prawa i Sprawiedliwości. Piątoklasista z Sopotu wyniuchał też, że „warcholstwo i liberum veto [to] słabość i przegrana”. Skoro dwuletnie rządy Tuska to prawie wyłącznie warcholstwo (konstytucyjne, prawne, decyzyjne) to właśnie on prowadzi Polskę do „słabości i przegranej”.
A co do liberum veto, to niewiele Tusk z niego rozumie. Miało ono swoje wady, ale też zalety: broniło wolności, wymagało jednomyślności w najważniejszych sprawach i jednak było narzędziem ograniczenia korupcji. I oczywiście bezpośrednio się do upadku Polski nie przyczyniło, gdyż w kluczowych latach w XVIII wieku, czyli 1767-1768, 1773-1775, 1788-1792 i w 1793 r. zwoływano sejmy skonfederowane (obowiązywała wtedy zasada głosowania większością, czyli liberum veto nic nie dawało). „Historyk” Donald Tusk uparcie nie chce przyjąć tego do wiadomości.
Po uwagach pseudohistorycznych piątoklasista Tusk zamienił się w agitatora drugiej klasy, by patetycznie oznajmić, że „poszanowanie prawa, równość, wolność, tolerancja. Nasze polskie wartości to rozwój i potęga. Korupcja, oligarchia, polityczna klientela to zepsucie i upadek”. Facet, który firmuje złamanie w dwa lata 37 artykułów konstytucji i traktowanie prawa jak brudnej ściery nadyma się w kwestii „poszanowania prawa” czy „wolności”. To groteska. A o korupcję, oligarchię i klientyzm agitator drugiej klasy Tusk powinien pytać Sławomira Nowaka, Stanisława Gawłowskiego, Włodzimierza Karpińskiego, Sławomira Neumanna, Krzysztofa Kwiatkowskiego, Aleksandra Grada, Tomasza Grodzkiego, Romana Giertycha itd.
Agitator drugiej klasy Tusk swoje odkrycia uznał za „prawdziwy skarb, nasz fundament” i „nie możemy ich zgubić. Choćby świat dookoła do końca oszalał, my musimy być mądrzy, silni, musimy być sobą”. No niekoniecznie. Tusk i jego komanda są bowiem sobą tylko wtedy, gdy oszukują, kłamią i chachmęcą, a liczy się tylko interes grupowy i prywatny, a nie państwowy.
Przestając być agitatorem drugiej klasy Donald Tusk wszedł w buty człowieka z fantazmatami na tle urojeniowym. Ogłosił tedy, że „musimy realizować nasz własny plan” i on jest „polskim przyspieszeniem”, a nie zwyczajną pochodną prędkości w czasie. Fantazmatowy Tusk ogłosił „przyspieszenie budowy najsilniejszej armii w Europie”, co jest bardzo wiarygodne u kogoś, kto prawie armię zlikwidował. Ogłosił też „przyspieszenie wielkich inwestycji infrastrukturalnych”. Na razie udało mu się przyspieszyć do zera w kwestii CPK czy polskiego atomu, ale udać ma mu się „zdobywanie Bałtyku - naszego polskiego Bałtyku”. To zdobywanie polega chyba na tym, że nie zatrzyma inwestycji w morskie farmy wiatrowe, co przygotowali Mateusz Morawiecki i Daniel Obajtek. Dlatego Obajtka już się ściga, a Morawieckiego chciałoby się.
Są też u fantazmatycznego Tuska elementy rozrywkowe, np. to, że nastąpi „intensywna repolonizacja”, czyli „najpierw polskie, stanie się na dobre żelazną regułą w zamówieniach publicznych”. I już się tak stało, czyli taboru dla kolei wielkich prędkości nie wyprodukuje żadna polska firma. Widocznie „najpierw polskie” to po prostu „najpierw niemieckie”.
Po pofolgowaniu fantazmatom Donald Tusk zamienił się w policmajstra (chyba wprost z rosyjskiego oryginału). Nieprzypadkowo w międzywojennej kulturze była to postać komiczna. I zgodnie z zasadami komedii Donek policmajster (jak przedwojenny Antek policmajster) „dociśnie śrubę przestępcom wszelkiej maści - czy to będzie król kiboli, handlarz narkotyków czy skorumpowany polityk czy prorosyjski bojówkarz”. Oczywiście Donek policmajster zacznie od własnych kumpli. I od samego siebie, bo skoro „każdy, bez wyjątku, kto łamie prawo, w nadchodzącym roku gorzko tego pożałuje”, to pierwszy powinien być on sam. Wtedy Polska może „będzie oazą bezpieczeństwa”. I jeśli rok 2026 to „musi być kolejny dobry rok dla Polski”, to oczywiście pod warunkiem, że bez Tuska i jego ferajny.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/749740-donek-policmajster-powinien-zaczac-porzadki-od-samego-siebie
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.