Imigranci znów mile widzianiImigranci znów mile widziani. Polski lib-left robi kolejną woltę w sprawie obrony granic i wpuszczania "nachodźców" do Polski

"Trzeba przyznać, że zbyt gwałtowne przejścia między mądrościami etapu budzą napięcia we własnych szeregach".
Najpierw zachwyt „Zieloną granicą” i współczucie dla kobiet, dzieci, inżynierów i kota z Afganistanu. Potem wezwania, aby bronić granicę przed naporem agresywnych imigrantów nasyłanych przez Putina i Łukaszenkę. A teraz ton znowu się zmienia i słychać tony miłe uszom Agnieszki Holland i Janiny Ochojskiej. W świecie polskiego lib-leftu powraca atmosfera spod znaku „imigranci mile widziani”.
Zdyscyplinowani, najbardziej świadomi wyznawcy poglądów liberalnych i lewicowych wiedzą, że wolta Donalda Tuska w sprawie imigracji i obrony granicy była konieczną mądrością etapu. Tusk w czasie trzech kampanii wyborczych musiał mówić w sprawie imigrantów niemalże jak skinhead. Większość Polaków nie dorosła i prędko nie dorośnie do właściwego rozumienia praw człowieka. Dlatego przed wyborami trzeba mówić im co innego, a inaczej postępować po wyborach. Zresztą ta sama masa społeczeństwa nie dość, że jest ksenofobiczna, to na dodatek roszczeniowa. Z tego powodu trzeba było jej co innego obiecywać w sprawach gospodarki, płac, cen i świadczeń społecznych („nic nie zostanie odebrane”), a co innego robić po zakończonym cyklu wyborczym.
