Kim są zatrzymani "bomberzy"?

Ubiegłotygodniowe alarmy bombowe nie tylko wprawiły w panikę, ale również zirytowały tysiące Polaków, którzy chcieli dokonać samosądu na "żartownisiach". Okazuje się, że nie byli nimi dwaj zatrzymani młodzi mężczyźni.

Jak ustalił "Fakt", za kratki na 48 godz. trafili 25-letni Dawid Kokot z Lublińca, udzielający zawodowo porad prawnych i 24-letni Przemysław Pasieko, kucharz z Chrzanowa. Zostali wypuszczeni bez jakichkolwiek zarzutów.

Dziś żyją z piętnem "bomberów" i tłumaczą wszystkim znajomym, że to nie oni stali za zamachami. Co najgorsze, CBŚ zabrało im sprzęt, który nie został jeszcze oddany przez policję, a jak wiadomo bez laptopa i komórki trudno funkcjonować.

Zrobili pokazówkę na cały kraj. Pewnie dlatego, żeby podnieść notowania rządzącym. A Tusk nie powiedział nawet "przepraszam" -

tłumaczy Przemysław Pasieko.

Wszystko zaczęło się od prośby ze strony funkcjonariusza CBŚ o spotkanie w kawiarni. Właśnie po tym spotkaniu Pasieko został przewieziony do Katowic, gdzie nastąpiło oficjalne zatrzymanie, którego sam zainteresowany absolutnie się nie spodziewał.

Natomiast Dawid Kokot został zatrzymany przed własnym domem pod Częstochową. Pewnie była to nie lada atrakcja dla sąsiadów...

Będę domagał się odszkodowania od państwa za bezpodstawne zatrzymanie -

zapowiada.

W podobnym tonie wypowiada się Pasieko.

Oskarżę premiera Tuska z powództwa cywilnego -

mówi niedoszły terrorysta.

Dlaczego zatem zostali zatrzymani przez policję? Po prostu znali Marcin L., któremu postawiono zarzut straszenia zamachami bombowymi. Właśnie z tego powodu mężczyźni byli na celowniku śledczych.

Co ciekawe, zatrzymanie przypadkowych ludzi ws. alarmów bombowych nie było zaskoczeniem dla ekspertów ds. bezpieczeństwa.

Jestem święcie przekonany, że zatrzymani goście nie mają wiele wspólnego ze sprawą. Zostali zatrzymani jako – mówiąc żargonem policyjnym – jeńcy. Jutro pewnie wyjdą -

powiedział w dniu zatrzymania Pasieki i Kokota nadkom. Dariusz Loranty, b. negocjator policyjny.

Szybko okazało się, że miał rację. Czyżby polskie służby od ABW po CBŚ działały według tego samego wyświechtanego schematu? Wystarczy wspomnieć choćby sprawę Artura Ł., który przed Euro 2012 został okrzyknięty groźnym terrorystą, "polskim Breivikiem", później "polskim dżihadystą", a w efekcie okazał się uzależnionym od internetu chłopakiem z zaburzeniami psychicznymi, który konstruowanie bomb znał tylko z telewizji.

AM/"Fakt"

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...