Im bliżej wyborów, tym większe pomieszanie zmysłów. O logice można zapomnieć, bo ona nie działa także w czasach wolnych od pandemii. Mamy wyłącznie odruchy i wzmożenia.
Zwykle w sosie smucenia i ogłaszania końca świata ewentualnie demokracji, co jest nawet gorsze, bo świat bez demokracji nie zasługuje na istnienie. Tak jak wybory nie zasługują na głosowanie, gdy się uzna, że wyborami nie są. Przy czym obowiązuje zasada, że gdy jest problem, to się go nie rozwiązuje, tylko znajduje uzasadnienie dla tego, żeby go nie rozwiązywać. W polityce to zasada kapitalna, bowiem pozwala nie mierzyć się z żadnymi trudnościami. Wystarczy uzasadnić, że nijak nie da się z nimi poradzić. Można to nazwać imposybilizmem ontologicznym.
Na co dzień świat i Polska muszą sobie radzić z różnymi zagrożeniami, bo jednak istnieją państwa i organizacje międzynarodowe, i za coś w końcu odpowiadają. O ile jednak można się zgodzić na zwalczanie skutków tsunami, tajfunu, awarii elektrowni jądrowej czy epidemii, o tyle nie można zaakceptować zorganizowania wyborów, jeśli nie są tym, czym zjedzenie kanapki. Wręcz nie wolno rozwiązywać problemu z wyborami, chyba że się je przesunie na czas, gdy znowu będą zjedzeniem kanapki. A gdy tym nie są, rozwiązywanie problemów z nimi związanych jest zbrodnią, narażaniem ludzi na śmierć, hazardem, bezdusznością, ohydą, świństwem, podłością i czym tam kto jeszcze chce. A im bliżej rozwiązania problemu, tym bardziej zbrodnia zamienia się w ludobójstwo, a podłość w absolutną degrengoladę, hańbę i ześwinienie.
Gdy się przyjmie zasady imposybilizmu ontologicznego, świat staje się prosty, a zachowania i moralność same się tłumaczą. Jak u Jacka Żakowskiego, który niech tu będzie tylko przedstawicielem dużej grupy ontologicznych imposybilistów. Pan Jacek „w maju nie głosuje”. Nie dlatego, że „nie chce się zarazić (co dzień dostaje listy), ale dlatego, że nie chce dyktatury”. Sprawa jest prosta: w maju 2020 r. głosowanie jest aktem wspierania dyktatury, a wręcz jej kamieniem węgielnym. W skrócie – maj miesiącem dyktatury. Czyli każdy, kto nie chce dyktatury, w maju nie głosuje. A im dalej od maja, tym natężenie dyktatury maleje. A w maju chodzi o „pomoc w instalowaniu samodzierżawia prezesa”. Nieważne, czy „chodzi o głosowanie w lokalach, za pośrednictwem poczty, gołębi czy talerzyka”. Z tym talerzykiem, to pewnie chodzi o jakiś seans spirytystyczny.
W maju nie ma sposobu, by rozwiązać problemy klasycznej kampanii wyborczej, a bez tego maj i wybory przesiąkają patologią, tym bardziej że „nadzór nad wynikami sprawują mianowani przez władzę urzędnicy udający izbę Sądu Najwyższego”. Aha, czyli sędziowie, często z tytułami naukowymi z dziedziny prawa, którzy poza obowiązkiem przestrzegania konstytucji i dotrzymywania zasad etycznych, mają jeszcze godność, własny dorobek i nazwiska, są urzędnikami. A urzędnik to może być kanalią, tak? Skąd Żakowski wie, jak się zachowają sędziowie i dlaczego z góry zakłada, że są pozbawieni wszelkich zasad, honoru, godności i na końcu profesjonalizmu. Talerzyk mu powiedział? Dlaczego obraża tych ludzi?
Ontologiczny imposybilista Jacek Żakowski odgraża się, że każdy, kto wystartuje w wyborach „nie będzie jego kandydatem do władzy”. Czyli opozycyjni kandydaci, jeśli się nie wycofają, mają przerąbane. Nawet, gdy prywatnie Żakowski ich lubi: „Ich kandydowanie nie tylko nie skłoni mnie do głosowania w maju, lecz trwale skłoni mnie do niegłosowania na nich”. Dla niego „jako demokraty – tacy kandydaci są nie do zaakceptowania”. Dla demokraty do zaakceptowania jest natomiast odmowa udziału w wyborach, czyli najważniejszym akcie demokracji oraz wprowadzenie stanu nadzwyczajnego. A nawet to jest konieczność. Czyli mamy determinizm demokratyczny, a nawet fatalizm demokratyczny. Ciekawa to forma demokracji.
Można zaakceptować stan nadzwyczajny pod warunkiem, że jest legalny. Skutki są bez znaczenia. A tymczasem „w Polsce jest nielegalny stan nadzwyczajny”. I najważniejszym zadaniem państwa jest jego zalegalizowanie, bo bez tego wszystko runie. A przede wszystkim mogą się odbywać wybory, a przecież chodzi o to, żeby nie mogły się odbyć. Jeśli mogą, to są „nielegalne, podobnie jak termin majowy”. W ogóle władza działa nielegalnie „obchodząc konstytucyjne stany nadzwyczajne”. Czyli istnieje jakiś przymus (fatalizm) wprowadzenia stanu nadzwyczajnego, bo jak nie, to trzeba się liczyć z „odpowiedzialnością za łamanie konstytucji”. Stan nadzwyczajny to demokracja, a jego brak to dyktatura. Wszelkiego rodzaju tyrani powinni Żakowskiego ozłocić.
Kiedy już się doszło do fundamentalnych ustaleń w kwestii demokracji stanu nadzwyczajnego, można spokojnie ogłosić, że nie będzie się „brało udziału w gwałceniu konstytucji”, czyli w wyborach. Gdyby jednak konstytucję trochę zgwałcić, czyli „poprzeć konstytucyjną poprawkę jednorazowo przesuwającą wybory o dwa lata”, wtedy demokracja znowu rozkwitnie. I tego małego gwałtu można się dopuścić nawet z ludźmi, „którzy [konstytucję] cztery lata łamali”. Bo to po prostu „zmiana dobra dla kraju”. A jak coś jest dobre, to może być nawet złe. A nie ostrzegałem, że kłopoty z logiką to najmniejszy problem?
W związku z problemami z dystrybucją drukowanej wersji tygodnika „Sieci” (zamykane punkty sprzedaży, ograniczona mobilność społeczna) zwracamy się do państwa z uprzejmą prośbą o wsparcie i zakup prenumeraty elektronicznej - teraz w wyjątkowo korzystnej cenie! Z góry dziękujemy!
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/498151-tyrani-powinni-ozlocic-jacka-zakowskiego-za-to-odkrycie
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.