Nie mam problemu z oceną sprawy Romana Polańskiego. Mam problem z oceną faktu, iż część prawicy Polańskiego broni – bo stary, bo wielki, bo takie były czasy. Stary – nie oznacza bezkarny, wielki – nie oznacza moralny kurdupel, by nie używać ponurych słów z końcówką „ofil” w felietonie na Dzień Dziecka.

Nie ma, co, panie i panowie adwokaci wielkiego reżysera wielkich filmów, który zawziął się na trzynastolatkę i pokiereszował jej być może życie do tego stopnia, że wciąż musi odpowiadać na bolesne pytania, i to nie tylko przez Polańskiego czyn, ale i Polańskiego ucieczkę z miejsca zbrodni, jaką stały się dla niego Stany Zjednoczone. Te same, o których marzył latami. Te same, w których wyśnił sobie pracować. I te same, których prawa i zasady pogwałcił, niestety, dosłownie. Ogólnie rzecz biorąc –makabra.

Gorzej, że jej epilog to pasmo zupełnie dla mnie niezrozumiałych publicznych obron Polańskiego. Bo stary, bo wielki, bo takie były czasy. Wielki – owszem, ale reżyser, nie człowiek. Zakochany w sobie do bólu. Ale nawet jeśli naprawdę Artysta – wielki, to czy umniejsza to jego winy, czy powiększa? Czy TAKIEMU wolno więcej, czy mniej? Szkoda słów, jakie to oczywiste.

Są jeszcze argumenty, że przedawniło się w Polsce, choć to nie w Polsce wykorzystywał seksualnie dziewczynę, której jednak także w Polsce brakowało wtedy do pełnoletniości całe pięć wiosen. A jeśli takie były czasy, czemu liberalni Amerykanie tak się zawzięli akurat na Polańskiego? Gdzie są Państwa argumenty? Wszystko ma przykryć kurz starości, więzi pokoleniowych? Dlaczego zatem sądzicie Bolka – Wałka? Dlaczego nie chcecie odp… się od Michnika? A przecież ich winy, ośmielę się stwierdzić, są mniejsze. Choćby dlatego, że na razie przynajmniej niekaralne. A gwałt na nieletniej to jest przestępstwo od zawsze. Niezależnie od tego, że za „Frantic” dałbym się pokrajać.

I niezależnie od tego, że wolałbym, by minister Ziobro ponownie odpoczął od kamer, bo zaczynają mu służyć jak śp. Andrzejowi Lepperowi solarium. Czyli nie bardzo, a nawet szkodliwie. Nie widzę żadnego powodu, by – właśnie traktując Polańskiego jak „zwyczajnego Kowalskiego” - informować o tej kasacji przy użyciu stu trębaczy. Sprawa jak sprawa, ani lepsza, ani gorsza od innych – przynajmniej dla Temidy.

Cóż, kiedy to tylko drobiazg, bo – niezależnie od Ziobrowego parcia na huk i harmider – uzasadnienie podważanej przez niego decyzji Sądu Okręgowego w Krakowie jest rzeczywiście groteskowe. Jest w nim np. mowa, że Polański… już odbył karę. Bo – uwaga – na obserwacji psychiatrycznej w USA jednak przez te straszne 42 dni przebywał (uciekł po półtora miesiąca, choć rzecz miała trwać trzy). No i siedział w areszcie w Szwajcarii – trzy miesiące w normalnym i sześć w domowym.

Okrucieństwo, prawda? Więc krakowski sędzia uznał, że jest po karze, a Amerykanie są jacyś dziwni, jeśli chcą ścigać gwałciciela (warto przypomnieć, że ofiara NIE WYCOFAŁA ZEZNAŃ, a jedynie – po medialnej wrzawie i wyraźnie dla świętego spokoju „wybaczyła” Polańskiemu). Gdyby komuś było mało do śmiechu, niech sobie unaoczni, iż ten sam sędzia w uzasadnieniu zawarł również myśli takie, że np. „zgoda na ekstradycję wiązałaby się z naruszeniem praw i wolności Romana Polańskiego”, a ponadto istnieje „uzasadniona obawa, że sprawa Romana Polańskiego nie zostanie rozstrzygnięta w niezawisły i bezstronny sposób przez sąd w Los Angeles”.

I tak to, wicie, rozumicie, działa ten nasz bezmiar niesprawiedliwości. Sąd w Los Angeles budzi obawy, facet oskarżony o gwałt na trzynastolatce, który ucieka przed wymiarem sprawiedliwości - nie. Lepiej – on budzi współczucie. Bo przecież nagrody odbiera, bo przecież tak ciężko doświadczony przez życie, bo przecież – jak mówi aktorka Stalińska – trzynastolatki same pakują się mężczyznom do łóżka…

Błagam– dajcie spokój, Koleżanki i Koledzy, sprawie Polańskiego. Ani jemu tą obroną nie pomożecie, ani swoim Czytelnikom, którzy – zwłaszcza ci młodsi – nie zasługują na taką lekcję pijarowsko-pokoleniowego relatywizmu. Nie dziś, nie w tej beznadziejnej sprawie.