„Projekt europejski mierzy się z najtrudniejszym okresem w powojennej historii” – takim dość oczywistym stwierdzeniem rozpoczyna się raport „Polskie i brytyjskie wizje przyszłości Europy: propozycja wspólnej agendy reformy Unii Europejskiej”. Dokument przygotowały Instytut Wolności kierowany przez Igora Jankego oraz brytyjski think-tank Open Europe. Autorzy to Marek Cichocki, Olaf Osica, Paweł Świdlicki i Stephen Booth. Kilka dni temu raport miał oficjalną premierę, w której wzięli udział – poza autorami – nowy brytyjski ambasador Jonathan Knott oraz wiceminister spraw zagranicznych Konrad Szymański.

Wstęp brzmi może sucho, ale mamy do czynienia z opracowaniem jeśli nie przełomowym, to na pewno czyniącym zasadniczy wyłom w schemacie dotychczasowego myślenia o UE, jej kryzysie, miejscu Polski i sposobach na ratowanie wspólnoty. Ten wyłom potwierdziły wystąpienia ministra Szymańskiego oraz ambasadora Knotta.

Bodaj po raz pierwszy tak dobitnie wybrzmiało stwierdzenie obecne dotąd głównie w publicystyce: odpowiedzią na kryzys UE nie może być to co zawsze, czyli „więcej integracji”, bo właśnie w takiej strategii leży samo źródło problemów. Żeby uratować wspólnotę, trzeba pomyśleć „w bok”, odejść od schematu. Taki sposób myślenia zaprzysięgli euroentuzjaści z pewnością nazwą „eurosceptycznym”. To stara metoda: jako „eurosceptyka” etykietujemy każdego, kto ośmiela się kwestionować jedynie słuszną linię. Jak jednak trafnie zauważył ambasador Knott – dziś w Wielkiej Brytanii za eurosceptyka jest uznawany ten, kto opowiada się za wystąpieniem tego kraju z UE, a nie ten, kto wskazuje, że Unię należy zreformować w inny sposób niż chcą tego brukselskie elity. I to jasne kryterium wypada stosować także u nas: eurosceptycy to nie ci, którzy chcą gruntowanej zmiany w UE i opracowania innej metody jej funkcjonowania, ale po prostu przeciwnicy jej istnienia lub członkostwa Polski.

Prezentacja raportu była jak powiew świeżego powietrza w porównaniu ze stęchlizną emanującą z podobnych spotkań, tkwiących w utartym kanonie. I w raporcie, i w trakcie dyskusji jasno stwierdzono na przykład, że Polska nie ma w przewidywalnym czasie interesu w dołączaniu do strefy euro albo że porażką jest Wspólna Polityka Bezpieczeństwa i Obrony, zaś Służba Działań Zewnętrznych nie spełnia oczekiwań. Uczestnicy dyskusji oraz autorzy opracowania w samym jego tekście zwrócili uwagę, iż następuje drastyczny wręcz rozjazd pomiędzy powtarzanym przez elitę jak mantra hasłem „więcej Europy” – bez wyjaśniania, do czego właściwie miałoby to doprowadzić – a oczekiwaniami coraz większej grupy Europejczyków, którzy dają coraz mocniej wyraz swojej frustracji przy wyborczych urnach. Radą na to nie są kolejne wyrazy potępienia dla populistów albo absurdalne inicjatywy w rodzaju pozornych konsultacji z obywatelami, ale zasadnicza rewizja kierunku, w jakim idzie Unia.

Oczywistym jest, że „coraz ściślejsza unia” nie jest już zasadą wiodącą w UE – nie wyraża już ani jej ducha ani rzeczywistości. Dlatego też UE musi wypracować bardziej elastyczną formę organizacji; kompromis powinien znaleźć się gdzieś pomiędzy „coraz ściślejszą unią” a „Europą a la carte”. Zakładając, że wolą wszystkich państw członkowskich jest utrzymanie integralności strukturalnej UE (niezależnie od oczekiwania na referendum w Wielkiej Brytanii), musimy z jednej strony zaakceptować tendencję niektórych państw członkowskich do zacieśniania integracji w węższym kręgu (będzie to w szczególności problemem dla państw Europy Środkowej), a z drugiej - wziąć pod uwagę różne potrzeby i stopień rozwoju innych krajów.

To bez wątpienia jeden z najważniejszych fragmentów raportu. Zawarte w nim stwierdzenie może się wydawać oczywiste dla tych obserwatorów, którzy nie mają na oczach klapek, ale dla euroentuzjastów zamkniętych w świecie oderwanych od rzeczywistości schematów brzmi jak herezja. Jeżeli jednak rządy państw członkowskich tej „herezji” nie zaakceptują, czeka nas katastrofa, nawet jeśli będzie rozłożona na lata.

Jasne jest oczywiście, że sytuacja Polski i Wielkiej Brytanii nie jest jednakowa. Londyn cieszy się wieloma opt-outami (czyli zwolnieniami z unijnych reguł, które obowiązują pozostałych, w tym Polskę), ma specjalny status wewnątrz UE, inne położenie geostrategiczne. Wyrazem tego są dwie części raportu, prezentujące oddzielnie polski oraz brytyjski punkty widzenia.

Mimo to rząd PiS i gabinet Davida Camerona dzielą zasadniczą diagnozę stanu UE, stąd ostatni rozdział: „Wspólna polsko-brytyjska agenda reform UE”. W rozdziale tym czytamy między innymi: „Jeśli Unia Europejska nie zajmie się problemem kryzysu legitymacji demokratycznej, to nie będzie w stanie wyjść z pozostałych kryzysów: gospodarczego i społecznego, których doświadcza” oraz „W kwestii polityki zagranicznej i bezpieczeństwa UE nie może zastąpić państw narodowych i dla własnego dobra nie powinna podejmować tego rodzaju działań, podejmując próby budowy kolejnych instytucji. Z kolei w zakresie bezpieczeństwa militarnego nie powinna uzurpować sobie roli NATO. Jednak UE może wnieść wartość dodaną, jeśli służyć będzie państwom członkowskim za forum godzenia konkurencyjnych interesów, a także gdy spróbuje sformułować wspólne podejście do wyzwań takich jak rosyjska agresja na Ukrainę czy kryzys migracyjny”.

Jak zaznaczył minister Szymański, alternatywny pomysł na UE nie może polegać na tym, żeby spełnić każde życzenie każdego z członków, bo to również oznaczałoby koniec wspólnoty. „To znacznie trudniejsze ćwiczenie” – powiedział zastępca szefa polskiej dyplomacji. Nie ma jednak wątpliwości, że trzeba się z tym ćwiczeniem zmierzyć. Machinalne powtarzanie frazesów unijnych „leśnych dziadków” niczego nie rozwiąże ani nie załatwi.

Raport „Polsko-brytyjskie wizje przyszłości Europy: propozycja wspólnej agendy reformy Unii Europejskiej” dostępny jest na stronie Instytutu Wolności.


Polecamy „wSklepiku.pl”: „Kryzys Unii czy kryzys w Unii? Kierunki dyskusji nad przyszłością integracji europejskiej”.