Gazeta Wyborcza przedstawiła swoisty poczet nowych kuratorów oświaty wyznaczonych przez PiS-owski rząd. Nie ma w tym opisie zwykłego demaskatorskiego ładunku, bo skąd go wziąć? Tym bardziej więc szuka się jakiegoś szczegółu, strzępku, choćby wpisu w Internecie, który ma wykazać, jakie straszne postaci biorą w niewolę polską oświatę.

Poczet otwiera Roman Kowalczyk, nowy kurator w województwie dolnośląskim, wcześniej wieloletni dyrektor XVII Liceum Ogólnokształcącego im. Agnieszki Osieckiej we Wrocławiu. Niewiele jest „na niego”. Wystarczyć ma jego wpis krytykujący przedstawienie sztuki „Śmierć i dziewczyna”, z udziałem pornograficznych aktorów we wrocławskim Teatrze Polskim. I afera ze szkolną gazetką, gdzie zawieszono antyimigrancki tekst, z czym zresztą dyrektor nie miał nic wspólnego.

Tak się jednak składa, że nie ma też wielu innych informacji. Dyrektora Kowalczyka znałem ze słyszenia od lat, bo jest zasłużonym działaczem solidarnościowej opozycji, zamkniętym do aresztu jeszcze jako student, a w związku z tym autorem bardzo sympatycznych, ciepłych, napisanych ze swadą i polotem wspomnień o dolnośląskim podziemiu. Jest też człowiekiem uparcie krzewiącym tradycję tamtej „Solidarności”.

Ostatnio poznałem go osobiście, pisząc jeden z tekstów o szkolnym teatrze. Problem w tym, że XVII LO ma klasy teatralne słynące ze znakomitych przedstawień. Wiele z tych inscenizacji wyróżniało się tematyką patriotyczną i solidarnościową – w czym trudno było nie zauważyć ręki dyrektora. Nota bene organizując je w całym Wrocławiu, on, radny PiS współpracował harmonijnie z prezydentem Rafałem Dutkiewiczem, człowiekiem z innej politycznej bajki.

Jedno zrobiło na mnie szczególne wrażenie. „Jak kamienie na szaniec”, z muzyką i tekstami Lao Che, to najbardziej pomysłowa formuła, w jakiej współczesna młodzież mogła złożyć hołd Powstaniu. Z rozmów z samymi młodymi aktorami wywnioskowałem, że to akurat bardzo przeżyli. Grali dla ostatnich powstańców. I sam ich występ, i to, jak o tym mówili po przedstawieniu do tamtej publiczności, chwytał za serce.

Już samo to jest wielką zasługą Romana Kowalczyka, przy czym nie chodzi tylko o kształtowanie wrażliwości samych aktorów, ale młodzieżowej przeważnie publiczności, która dostała wielką lekcję historii. Lekcję zarazem w ich poetyce, w ich duchu. Kiedy jeden z powstańców narzekał po przedstawieniu na wulgarne słowa, jakie padły w niektórych piosenkach (typowe pokoleniowe qui pro quo), dyrektor, sam nienaganny konserwatysta zawsze w garniturze, wziął tę kontrowersję na siebie. Tłumacząc, że pole strasznej bitwy, jaka rozegrała się w niszczonej Warszawie, mogło widzieć i takie sytuacje.

Ale XVII LO było także i jest przez lata ośrodkiem kultury teatralnej promieniującej na Wrocław i okolice. Z własnym festiwalem teatralnym „Przekręt” i oddzielnym poświęconym utworom muzycznym Agnieszki Osieckiej. Szkoła doczekała się wielu absolwentów, którzy wybrali zawód aktorski – z najbardziej znanym Kamilem Szeptyckim, „Alkiem” z „Kamieni na szaniec”, filmu Roberta Glińskiego.

Ułatwiła to wszystko fachowa opieka aktorów Teatru Muzycznego Wrocławiu: Małgorzaty Szeptyckiej i Tomasza Sztonyka, oraz muzyka Krzysztofa Żesławskiego. Nadawało to występom tej młodzieży na pół profesjonalnego charakteru.

A zarazem warto podkreślić, że Roman Kowalczyk żadnej premiery swoich wychowanków nie opuścił. Sam był ich najwdzięczniejszym konferansjerem i widzem, dumnym ze swego narybku.

Byłem w tej szkole, w starym popruskim budynku, niedaleko zajezdni na Grabiszyńskiej, kolebki wrocławskiej „Solidarności”. Zobaczyłem dobrze ułożoną, zdyscyplinowaną młodzież, wychowywaną w wartościach. I bynajmniej nie sterroryzowaną. W musicalu „Szatan z siódmej klasy” młodzi aktorzy zażartowali sobie ze swego dyrektora z jego upodobaniem do koncertowania (sam śpiewa solidarnościowe piosenki z gitarą). W tym żarcie nie było żółci, a sympatia.

Dorobek tej szkoły to zarówno patriotyczne wieczory, jak udział w przedmiotowych olimpiadach i zagranicznych wyjazdach. To wielkie dzieło Romana Kowalczyka jest najlepszą jego przepustką do awansu.

Gdyby wszyscy ci kuratorzy byli do niego podobni, byłbym spokojny o los polskiej edukacji. Znalazłaby się w dobrych rękach. Można by mówić o „dobrej zmianie” w polskich szkołach.

Ale dlaczego właściwie zakładać, że tak nie jest?