Niech nikt nie narzeka, że dzisiejszy marsz KOD wspomagany przez Petru, Schetynę i Nowacką, stanął w obronie czci Lecha Wałęsy. Bo obie strony są siebie warte, więc powinny maszerować razem.

Z jednej strony – były prezydent RP, ale także były, zdecydowanie były już bohater wolnej Polski, dziś kamień u szyi pięknego społecznego ruchu obywatelskiego „Solidarność”, który jako pierwszy dotkliwie pokąsał reżim komunistyczny. Z drugiej – oni, cyniczni do bólu jąder macherzy od zabawiania się opinią publiczną, bez żadnego planu na polepszenie bytu innego niż własny i z wrażliwością dobermana przed spóźnionym obiadem.

Z jednej – człowiek, o którym starałem się nie pisać zbyt dużo, bo było mi po prostu żal – jego i siebie. Bo dawno temu na niego właśnie oddawałem swój pierwszy wyborczy głos, a dziś podtarłbym sobie nim cztery litery. Przełknąłem bez gniewu fakt, że donosił, przynajmniej chciałem przełknąć. Że brał za to pieniądze – przełknąć się już nie da, bo nie da się sprawy opakować w proste wytłumaczenie: „prosty chłopak, nie wiedział, co robi”. Wiedział, co robi, skoro wiedział, że należą mu się za to esbeckie pieniądze. Sprzedawał kumpli, wystawiał ich na odstrzał, ich dzieci pozbawiał więcej niż obiadów, ich bliskich skazywał na stały niepokój. I biedę, bo od tej pory szykany w zakładach pracy były dla nich konsekwencją oczywistą. Można rzec z goryczą – dobrze, że Wałęsa nie urodził się dwie dekady wcześniej, gdy tacy szpicle, kapusie i konfidenci mieli nie łzy, a krew przyjaciół na rękach.

Pieniądze brane od esbeków Wałęsę niszczą. Mało tego – są być może jednym z dwóch najważniejszych powodów, dla których nie może się przyznać. Bo nikt mu już tego nie wybaczy. Był na to czas, ale wspólnie z „Gazetą Wyborczą”, sektą „grubej kreski” i dawnymi esbekami czas ten Lech Wałęsa przegapił. Nie przyznał się, zanim stanął do walki o prezydenturę, choć już wtedy powinien. Nie zrobił tego później, gdy miał (tak się przynajmniej wydawało) wiele kart w ręce. Ani po książce Cenckiewicza i Gontarczyka, ani wcześniej, gdy wespół z Pawlakiem, Tuskiem i innymi dokonywał „nocnej zmiany”. Ta ostatnia to dowód ostateczny – że teczka z lat 1970-76 miała wielki wpływ na wszystko to, co czynił w polityce później. Nie zrezygnował z brnięcia w kłamstwa nawet wtedy, gdy oznaczało to rolę procesowego oprawcy wobec ludzi głoszących na jego temat prawdę.

Dziś, jak czytam na Onecie, Wałęsa, po dziesięciu wersjach, od ściany do ściany umazanych kłamstwem i pogardą dla rodaków, próbował swoją legendę ratować w amerykańskiej CNN. Jeśli, ktoś tego nie zna, uprzedzam – lektura budzi odruch zwrotny. Cóż bowiem mówił Wałęsa?

„Ja byłem, mówiąc krótko, zbyt odważny. Ludzie nie mogą zrozumieć, że w tamtych czasach był człowiek tak odważny, że nie bał się komunistów. I ta odwaga powoduje, że wielu się nie mieści w głowie, że ja mogłem się nie bać i mogłem zwyciężać”.

Osobiście widzę tylko dwa wyjścia: albo przemilczeć tak ciężką do pojęcia i tak bezczelną manipulację, ale powiedzieć wprost:

„Chłopie, daj już spokój. Skończ, wstydu oszczędź – i nam, i sobie. Obok odważnych ludzi to ty w latach 1970-76 nawet nie stałeś. A jak stałeś, to potem na nich donosiłeś reżimowi. Gdybyś miał choćby pięć procent odwagi księdza Jerzego, nie babrałbyś się dziś jak żałosny nosorożec w błocie własnej historii”.

Za mocno? Bóg, Honor, Ojczyzna – proszę Państwa. Bóg dał Wałęsie wiele szans, by z Matką Boską w klapie czy bez niej, stanął w prawdzie. Honor – dajmy spokój. Ojczyzna zaś mu tego nigdy nie wybaczy – jeśli nie powie jej prawdy.

Wobec powyższego nie trzeba już chyba wyjaśniać, dlaczego Wałęsa i KOD tak bardzo do siebie pasują. I on, i oni są odważni inaczej. On „przeskoczył” płot stoczni z odbezpieczonym granatem bezpieki w zadku. Oni wyszli na ulice dopiero wtedy, gdy uwierzyli, że po zmianie władzy nikt nie będzie do nich za to wyjście: a/strzelał gumowymi kulami; b/ okładał pałami za to, że akurat przechodzili niedaleko trasy marszu; c/ kopał po głowie bez powodu; d/ przetrzymywał w areszcie przez kilka lat za głoszenie haseł antyrządowych; e/, zatrzymywał o 6 rano za prowadzenie strony drwiącej z prezydenta itd. itp. Tacy z nich obrońcy demokracji, że wtedy, gdy naprawdę była zagrożona, „nie wpadli na to”, by protestować, jak zabawnie tłumaczy lider KOD.

Więc powiem krótko: nie dziwię się już odruchom występującym – u mnie, ale pewnie i u części z Państwa - i na widok Wałęsy, i na widok ludzi maszerujących z KOD-em w poszukiwaniu straconej wcześniej odwagi. Nie wiem, czy patron marszu i jego obrońcy to jest gorszy sort Polaków czy lepszy. Na pewno inny.