Oceny Grzegorza Schetyny podążają różnymi szlakami. I chyba żaden z nich nie jest jedwabnym.

Jakiś prosty, niezorientowany w dostojnych i elitarnych, ale jednak politycznych rozgrywkach człek, mógłby sobie pomyśleć, że największym osobistym problemem Grzegorza z Wrocławia wciąż jest Donald z Sopotu. Wszak to on uczynił, niemal publicznie, z dzisiejszego szefa PO polityka tak lichego, że nawet pijanica, leń i intelektualny karzeł o imieniu Jacek został przez Donalda postawiony znacznie wyżej i obdarowany pełnią łask, które pozwalają mu nadal sprawować we Wrocławiu najwyższe partyjne funkcje.

Powiedzieć o owym Jacku drugi sort, to właściwie komplement. Ale Grzegorz, obwołany niedawno Pierwszym, musi wciąż mieć się na baczności. Donald z Sopotu jest dziś tymczasowo Donaldem z Brukseli, a to jednak tam rozdają rozmaite frukty i awanse. Gdyby tak coś w kraju nie poszło po zamiarach Grzegorza, mógłby choć liczyć na stanowisko kamerdynera Grasia, więc wojna z Donaldem w najbliższych tygodniach, a pewnie i miesiącach nie wchodzi w rachubę.

Trzeba chwilowo swą pamięć i wynikający z niej gniew samogwałtem spacyfikować, ale na pewno nie zapominać. I zająć się czymś zastępczym. Także dalekim od potrzeb Ojczyzny, ale w organizacji, której Grzegorz jest członkiem takie potrzeby nigdy nie urastały do widocznej cnoty, a do imperatywu, to już w ogóle.

I właśnie w takich okolicznościach największym wrogiem musiał Grzegorz okrzyknąć prezesa Prawa i Sprawiedliwości.

Do dzisiejszego zestawu określeń musiał Grzegorz dojrzewać. Najpierw było, że PO będzie partią uparcie opozycyjną, ale jednak daleką od histerii. Potem Grzegorz nabierał powietrza w płuca i wyrzucał z nich, wraz ze świeżym oddechem, coraz bardziej świeże myśli.

W końcu doszło do teraźniejszości – Jarosław Kaczyński stoi tam, gdzie Władimir Władimirowicz. Czyli ten, którego służby Jej Królewskiej Mości już oficjalnie oskarżają o spisek zakończony morderstwem Aleksandra Litwinienki, a światowa opinia także innymi, jak choćby Anny Politkowskiej, Borysa Niemcowa i wielu opozycjonistów.

Czytaj dalej na następnej stronie ===>

Biorąc pod uwagę dzisiejszy stan ducha i umysłu Grzegorza z Wrocławia, dziwić się nie ma czemu, ponieważ odwet na Donaldzie trzeba z przyczyn taktycznych nieco odłożyć, a śliny wciąż przybywa.Trzeba ją jakoś zagospodarować. Z korzyścią, nawet dla takiego Donalda. I z tej przyczyny właśnie Kaczyński musiał stanąć tuż obok Władimira Władimirowicza. W Rosji wiele osób uzna to za kolejne wyróżnienie Putina, ale nie to jest celem Grzegorza. I pewnie, jeśli nie zdarzy się w najbliższym czasie nic wstrząsającego, przewodniczący organizacji PO będzie domagał się, by Kaczyński systematycznie zmieniał plac postojowy.

Na razie, z uwagi na swą ogólnie znaną łaskawość i przywiązanie do słów będących w zgodzie z honorem, nie stawia jeszcze Kaczyńskiego tuż obok Pol Pota, Berii, czy Bieruta. Nie mówi też nic o Bermanie, ani Różańskim. Ale, jak już było, na razie.

Potencja porównawcza Grzegorza będzie wciąż rosła w siłę. Odwrotnie proporcjonalną do możliwości ukojenia furii związanej z widokiem spacerującego po Brukseli Donalda, czy po Wrocławiu Jacka. Bo Starsza Lekarka może sobie już spacerować gdzie chce i z kim chce. Do miłego!