Przebywając z dala od Polski w momencie ostatecznego potwierdzenia jego długoletniej i owocnej współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa PRL Lech Wałęsa ma okazję spokojnie i poważnie zastanowić się nad tym, co zrobi po powrocie do kraju. A staje przed ostatnią szansą odważnego przyznania się do tego, co dotychczas zdecydowanie odrzucał, grożąc swoim adwersarzom sądami, wyśmiewając i obrażając ich, a także szerząc kłamstwa nie tylko o sobie, ale także o najnowszej historii Polski.

Jeżeli były przewodniczący „Solidarności” i Prezydent RP zachował jeszcze resztki honoru, powinien szczerze opowiedzieć o całym swoim uwikłaniu w kontakty z bezpieką oraz o ich konsekwencjach zarówno w czasie strajku w sierpniu 1980 roku, jak w stanie wojennym, przy Okrągłym Stole i po objęciu najważniejszego urzędu w państwie.

Nawet jeżeli wyznawał starą zasadę „pacta sunt servanda” i naiwnie uwierzył komunistycznym partnerom rozmów w Magdalence oraz w „Zawracie”, że w zamian za nierozliczenie ich oni nie ujawnią jego wstydliwej przeszłości, to teraz ma już pewność, że druga strona nie dochowała swoich zobowiązań, a więc i jego nie wiążą już tamte umowy.

Gdyby zechciał skorzystać z tej szansy, być może sporą część naszych najnowszych dziejów trzeba byłoby napisać na nowo, a przynajmniej znacznie zmienić ich obraz zbudowany na fundamentach porozumień komunistów z tzw. konstruktywną opozycją z końca lat 80., których symbolem stała się taktyka grubej kreski.

Lepsze chyba jednak to niż dalsza obrona tego, co obronić się nie da. Może przed powrotem do Gdańska Lech Wałęsa dogłębnie przemyśli tę sprawę i poważnie zastanowi się nad radykalną zmianą metody, jaką stosuje od lat w obliczu ujawnianych o nim faktów, które nie przynoszą chluby jednemu z najbardziej znanych Polaków na świecie.