Sześć pokaźnych pakietów literatury faktu wynieśli prokuratorzy IPN z domu Czesława Kiszczaka. Należy domniemywać, że generał jako naczelny ubek zgromadził samą śmietankę, czyli creme de la creme haków i kwitów na swoich ewentualnych wrogów i partnerów od okrągłego stołu.

No i na przyjaciół także, bo z ludźmi nigdy nic nie wiadomo. Bowiem poza działaniem odstraszającym wobec wrogów, papiery miały przecież gwarantować, że zakontraktowani uczestnicy okrągłego stołu nie wycofają się w przyszłości z kontraktu. Kiszczak tymi teczkami chciał sobie zapewnić nietykalność i w zasadzie mu się udało, do więzienia nie trafił, kończył życie w luksusie, chociaż po sądach się trochę nachodził.

Można się więc słusznie domyślać, że niespokojne sny staną się udziałem wielu prominentnych postaci III RP, a nawet ojców założycieli, przynajmniej do czasu publicznego udostępnienia kwitów. Ujawnienie gromadzenia kwitów przez Kiszczaka zadaje kłam przede wszystkim legendzie o jego honorze, który go raptownie nawiedził po 1989 roku, jak twierdzi Adam Michnik. Nie niszcząc, lecz pozostawiając „papiery” we własnym domu szef peerelowskiej bezpieki musiał mieć świadomość, że prędzej czy później trafią do publicznej wiadomości. Tym samym zdradził swoich poręczycieli, którzy musieli się spodziewać, iż z jego strony nie grozi im niebezpieczeństwo. Ci, którzy poręczyli za komunistów w 1989 roku, iż są dobrym materiałem na socjaldemokratów i którzy wmawiali nam, że ten sojusz katów z ofiarami to jest jedyne wyjście dla Polski, mogą się czuć zdradzeni przez Kiszczaka.

Jest oczywiście niedopowiedziana do końca kwestia, czy on taki zamiar miał, czy też szanowna małżonka wzięła sprawy w swoje ręce w rezultacie własnej decyzji. Jeśli ta druga opcja jest prawdziwa, to znaczy, że pani Kiszczakowa albo zapragnęła się zemścić na tych, co nie upilnowali legendy jej męża jako człowieka opatrznościowego dla Polski, albo zwyczajnie sfiksowała od myślenia o tej bombie wodorowej, którą trzymała w domu. Nie da się także zaprzeczyć, że byłaby poręcznym narzędziem, żeby jątrzyć wśród Polaków. Na wrogach męża zemścić się nie mogła, bo na nich nawet jej mąż nie nie miał haków. Co bowiem może pogrążyć na przykład narrację takiego Jarosława Kaczyńskiego, jeśli nie zadanie kłamu jego opowieści o Wałęsie? Ktoś musiałby ujawnić dowód czarno na białym, że Wałęsa nie współpracował, lecz wykiwał całą polską bezpiekę łącznie z KGB i dzięki temu upadł komunizm. Czegoś takiego nawet naczelny ubek nie miał, bo coś takiego istnieć nie może. Zatem, jeśli to była zemsta, to dosięgnęła raczej jego zblatowanych przyjaciół z establishmentu III RP  niż wrogów.

Sam fakt ujawnienia przechowywania kwitów przez Kiszczaka ma doniosłe znaczenie w tym sensie, że podważa fundament III RP. Niszczy narrację o dobrych komunistach, którym można ufać, pokładać w nich nadzieję na przyszłość, z którymi można budować państwo prawa. Prawdopodobnie, o ile potwierdzi się informacja o oryginalnej teczce TW Bolka i pokwitowaniach, odkrycie w domu Kiszczaka zniszczy do końca reputację Wałęsy w oczach rodaków. On może sobie jeździć po świecie i wykładać bufonom takim jak on sam o globalizacji i swoich zasługach, ale w kraju jego mit ostatecznie runie. Ten mit michnikowszczyzny o człowieku z żelaza – niezłomnym robotniku i o człowieku honoru-uczciwym komuniście, którzy zgodnie i solidarnie odbudowali nam ojczyznę ze zgliszcz, był przecież mitem założycielskim III RP. Ten fundament rozpada się właśnie w drobny mak.