Dziś podczas manifestacji widzę, często w pierwszych szeregach, polityków. Tych, którzy pełniąc niedawno funkcje w administracji, gubili moje pisma albo odmawiali mi dostępu do informacji publicznej. To paradoks, że w obronie demokracji występują chętnie dziś także ci, którzy zasady demokracji naruszali.

— przyznaje w rozmowie z „Dziennikiem Gazeta Prawna” Piotr Waglowski, prawnik, poeta i publicysta, kandydat w ubiegłorocznych wyborach do Senatu.

W wywiadzie została poruszona kwestia Komitetu Obrony Demokracji w perspektywie budowania społeczeństwa obywatelskiego, do którego jak sam przyznał Waglowski, chce dołożyć swoją cegiełkę.

Jego zdaniem jednak KOD nie ma nic wspólnego z budowaniem postawy obywatelskiej pośród społeczeństwa. Taki proces wymaga pracy u podstaw różnych dziedzin życia społecznego. Tego celu jak twierdzi nie da się osiągnąć na ulicy, gdzie wszystkim rządzą emocje, które nie dodają niczego konstruktywnego do dialogu. Emocje jak zauważa Waglowski, są wykorzystywane przez polityków do polaryzowania debaty, przez co kreują się dwa bieguny opinii i poglądów. Rodzi to przekonanie, że kto nie jest z nami, jest przeciwko nam. Emocje są wykorzystywane do sterowania tłumem, co w praktyce jest bardzo niebezpieczne.

Zdaniem „Vagla” naruszanie pewnych praw konstytucyjnych nie oznacza, że demokracja w Polsce, jest zagrożona. Jak twierdzi, konstytucje naruszano przed wyborami tak samo jak i po nich. Dodaje ponadto, że już dawno obywatel nie był w stanie wyegzekwować swoich praw: w tym prawa do sądu, prawa do informacji publicznej, prawa do petycji.

Waglowski krytycznie ocenił żądania protestujących KODowców, którzy według niego, walczą o taki trójpodział władzy jaki sami sobie wyobrażają, nie widząc jego innych naruszeń. Dodając, że trójpodział władzy w Polsce jest fikcją.

Prawnik negatywnie odniósł się również do działań prezesa TK, który m.in. odmawiał obywatelom dostępu do projektu ustawy i trybunale i ostatecznie przegrał o to sprawę w sądzie. Krytycznie odniósł się ponadto do uruchomienia serwisu „ObserwatorKonstytucyjny.pl”, który to wykracza poza kompetencje Trybunału, który zamiast publicystyką, powinien zajmować się badaniem zgodności aktów prawnych z konstytucją.

Paradoksem jest to, jak zauważa „Vagla”, że aby mógł funkcjonować serwis TK, nie trzeba było ustawy ani nie trzeba było rejestrować tytułu prasowego przed uruchomieniem serwisu, co w perspektywie obecnego sporu o Trybunał, wydaje się co najmniej śmieszne.

kk/Dziennik Gazeta Prawna