W telewizji publicznej w jednym programie wystąpili jednocześnie Aleksander Smolar, Jacek Żakowski i Sławomir Sierakowski. Według znanego rozdzielnika redaktora Stanisława Michalkiewicza byli to w kolejności - prorok większy Smolar, prorok mniejszy Żakowski oraz oficer największych nadziei michnikowszczyzny Sierakowski, co prawda cokolwiek już podstarzały, ale zawsze.

W tej konkretnej debacie oprócz jednakowych poglądów połączyła ich wściekłość, której nie zdołali opanować. Jednym z powodów był dobór znakomitych adwersarzy - Bronisław Wildstein, Antoni Dudek, mecenas Obara i uczony politolog, którzy nie pozwolili prorokom na rozwinięcie skrzydeł. A do takich przeszkód prorocy absolutnie nie są przyzwyczajeni. Każdego z nich można do rany przyłożyć, gdy występują w dobranych podgrupach jednopoglądowych, czyli według zasad czerskiego pluralizmu. Tutaj zderzyli się z przeciwnymi poglądami, co wywołało w nich szok poznawczy.

Najgorzej na tym wyszedł Sierakowski, który był tak zaskoczony, że prowadzący program red. Ziemiec ani publiczność nie spija miodu z jego ust, nie wspominając już o rozmówcach, iż dał upust bezsilnej wściekłości, wyzywając Wildsteina od chamów. Również spokojny zwykle i słodko bajdurzący w swoim towarzystwie Smolar, tym razem rzucał się bezsilnie jak wróbel na sznurku. Trzeba powiedzieć, że z tej trójki pod względem emocji najlepiej wypadł Żakowski, który zachował się mniej więcej spokojnie, wygadując co prawda najpodlejsze bzdury na temat Polski i Polaków, ale przynajmniej bez obelg wobec rozmówców.

Erupcja wściekłości proroczej trójki była rezultatem nie tylko drastycznej różnicy poglądów, której owo towarzystwo nie zna od dawna, taplając się z reguły we własnym lewackim sosie. Drugą przyczyną jest znakomita sprawność polemiczna Wildsteina i Dudka, którzy nie dali sobie w kaszę dmuchać. Smolar et consortes byli tym wyraźnie zaskoczeni i zupełnie sobie nie radzili, tym bardziej, że publiczność w studio zachowywała się raczej neutralnie, co było kolejnym szokiem dla delikwentów.

Jednak jest trzeci powód utraty kontroli nad emocjami i chyba najważniejszy. Otóż panowie Smolar, Żakowski i Sierakowski najwyraźniej zdali sobie sprawę, że swoją obecnością w TVP zaprzeczają własnej narracji. A mianowicie narracji o tym, że TVP stała się skrajnie upolityczniona i nieobiektywna. Ich obecność w programie TVP zadała kłam ich własnemu środowisku. Na głupka wystawili choćby Seweryna Blumsztajna, który w imieniu Gazety Wyborczej ogłosił bojkot telewizji publicznej pod rządami Jacka Kurskiego, a także nadobną Dominikę Wielowieyską, którą również zbrzydziła ta stacja, rzekomo jednopartyjna.

Tymczasem ta debata była widomym zaprzeczeniem owych bzdur i jak się zdaje, trzej prorocy michnikowszczyzny zdali sobie z tego sprawę już w trakcie programu albo tuż przed, gdyż nie potrafili zapanować nad nerwami. Paniczną świadomość tej sytuacji mieli wypisaną na twarzach. Teraz jeszcze będą dodatkowo musieli wytłumaczyć tę fatalną niekonsekwencję swoim zaKODowanym zwolennikom. To będzie trudne, zwłaszcza po krwawym obciachu Sierakowskiego, który dobrowolnie i publicznie przyprawił sobie prostacką gębę. A zresztą, może wcale nie musiał przyprawiać…

ZOBACZ TEŻ:

Pluralizm nie służy kawiorowej lewicy. „Debata” TVP 1: Sierakowski traci nerwy i rzuca do Wildsteina: „Pan jest chamem!” [WIDEO]