Nie ma żadnych związków między sędzią TK a partią, której zawdzięcza on stanowisko? Leszek Miller sądzi inaczej…

fot. PAP/ J. Kamiński
fot. PAP/ J. Kamiński

Odnotowana już przez nasz portal wypowiedź Leszka Millera w TVN24:(„poparcie przez SLD ustawy Platformy Obywatelskiej o TK było błędem. Chętnie uderzę się w piersi, dlatego że była to swego rodzaju transakcja wiązana. Nam się wtedy wydawało, że to jest wspaniały pomysł, bo na koniec kadencji uda nam się rekomendować jednego z sędziów Trybunału Konstytucyjnego”) jest bardzo znacząca.

I nie tylko dlatego, że Miller używa wobec Platformy (na koalicję z którą, przypomnijmy, był długo nastawiony) bardzo ostrych słów („antykonstytucyjny spisek”, „oszustwo”).

Przede wszystkim dlatego, że w obecnych sporach o Trybunał często podnoszony jest argument, jakoby po wybraniu danego kandydata do TK wszelkie związki między nim a ugrupowaniem, które go rekomendowało przestawały istnieć. Sędzia po wybraniu – utrzymują niektórzy – staje się lojalny już wyłącznie wobec idei prawa oraz instytucji Trybunału, i wcale nie wyrokuje tak, jak chciałaby partia, której zawdzięcza stanowisko. Tym bardziej, że przecież z mocy ustawy nie może zostać wybrany na drugą kadencję, więc nikt nie może mu niczym zapłacić za lojalność.

Brzmi to logicznie. Tylko że Leszek Miller – stary polityczny i rządowy wyga, kuty na cztery nogi – wydaje się tej logiki nie dostrzegać, i sądzić inaczej… Ewidentnie jakoś wcale nie uważa, żeby „posiadanie” rekomendowanego przez daną partię sędziego Trybunału było obojętne dla jej interesów… Jest jego zdaniem odwrotnie.

Z czego oczywiście nie wynika, jakoby sędziowie (czy przynajmniej ich większość) po prostu odbierali polecenia partyjnych centrali. Zapewne tej ich większości nie można w tym sensie zarzucić braku niezawisłości i podmiotowości. I nie o ów brak chodzi, tylko o całkowicie podmiotową, naturalną skłonność do zajmowania określonego stanowiska. O jak najbardziej niezawisłą i podmiotową sympatię do jednych, a antypatię do drugich.

Można zresztą pójść dalej. Bo założenie, że sędziego TK, skoro po zakończeniu kadencji nie będzie mógł już być sędzią TK, nie łączą już z zaprzyjaźnioną partią żadne więzy o charakterze innym niż ogólna bliskość filozoficzna jest naiwne. I nie chodzi tu też tylko o samą wdzięczność. Bowiem nawet, jeśli sędzia nie ma już innych życiowych ambicji niż kontentowanie się wysoką emeryturą, to  ma przecież dzieci i wnuki, zięciów i synowe; formacja polityczna może im pomóc albo nie pomóc… Podkreślam przy tym – to wszystko jest dla mnie oczywiste; nie zgłaszam absurdalnych postulatów, żeby sędziami TK mogli zostawać tylko bezdzietni, starzy kawalerowie i stare panny.

Opisane potencjalne uzależnienia będą istnieć zawsze. I nic w nich nie ma dziwnego. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z ich istnienia. A co najmniej nie zaprzeczać oczywistościom.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!

Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych