O obniżeniu subwencji oświatowej na uczniów korzystających z edukacji domowej z Anną Zalewską, szefową MEN rozmawia Dorota Łosiewicz.

W związku z obniżeniem przez MEN wysokości subwencji oświatowej na uczniów korzystających z edukacji domowej od kilku dni robi się z pani wroga edukacji domowej. Jest Pani nim?

To jakiś absurd. Ktoś, kto przygotował ustawę, zwracającą rodzicom prawo wyboru w sprawie sześcio- i siedmiolatków nie może być przeciwnikiem edukacji domowej. Każda formuła edukacji, właściwie wspieranej, na którą zdecydował się rodzic, jest dla mojego ministerstwa bardzo ważna. W sprawie edukacji domowej doszło do oczywistego nieporozumienia.

Jednak MEN wysokość subwencji znacznie obniżyło.

W ustawie o nauczaniu domowym napisane jest, że uczeń przebywa w domu, a do szkoły przychodzi na zajęcia dodatkowe oraz na egzaminy. I tyle. Doszło jednak do takiej sytuacji, że uczeń, który jest w szkole od rana do nocy kosztuje tyle samo, co uczeń, którego nie ma w szkole. Pamiętajmy, że rodzic nie dostawał żadnych pieniędzy z  tytułu prowadzenia edukacji domowej. Środki finansowe związane z edukacją domową są przeznaczane dla szkół. Rodzice nie tracą więc żadnych pieniędzy.

Skąd więc ta zmiana?

W ubiegłym roku doszło do zupełnego wynaturzenia tej formuły. Okazało się, że nawet dobre rozwiązania mogą być wykorzystane przez zwykłych oszustów, którzy chcą wyłudzić pieniądze. Trafiliśmy na sytuację, że w gminie, która ma 5 000 mieszkańców, nauczaniem domowym objętych jest 900 uczniów. Nazwy gminy nie podam, bo sprawa jest w prokuraturze. To jest po prostu niemożliwe. Do szkoły pojechali wizytatorzy, którzy przez kilka tygodni bezskutecznie próbowali nawiązać kontakt z dyrektorem. Okazało się, że budynek jest na głucho zamknięty. Są tam właściwie tylko dwa pomieszczenia wynajęte na dodatkowe zajęcia. A w ogóle szkołę prowadzi niepubliczne stowarzyszenie z Warszawy. Przeniosło się ono do wiejskiej gminy po to, żeby wyłudzać pieniądze. Takich przypadków znaleźliśmy kilkanaście. Gdy na światło dzienne wyszły nieprawidłowości, przeliczyliśmy, że 60 proc. dotychczasowej sumy, to kwota zupełnie wystarczająca na zajęcia dodatkowe i na egzamin. I nikomu nic złego się nie stanie, po zmniejszeniu kwoty subwencji. Wystarczy na zapłacenie nauczycielom, dyrektorowi i pokrycie kosztów administracyjnych. Teraz dokładnie przyjrzymy się jak te pieniądze z systemu wyciekają.

Czemu mówi się, że subwencja została obniżona o 70 procent?

To nieporozumienie. Algorytm podziału subwencji oświatowej na 2016 rok zmniejsza jej poziom o 40% przy określaniu statystycznej liczby uczniów, ale nie zmienia poziomu pozostałych tzw. wag (oprócz wag dla szkół zlokalizowanych na terenach wiejskich i w miastach do pięciu tysięcy mieszkańców). W szczególności bez zmian pozostają wagi dla uczniów niepełnosprawnych. Średnio, subwencja naliczana w związku z edukacją domową zmniejszy się o 38%. Co więcej: to rozwiązanie ma charakter przejściowy. W poniedziałek jestem umówiona z różnymi organizacjami i stowarzyszeniami rodziców i będziemy na ten temat rozmawiać. Nikomu na pewno nie zrobimy krzywdy i na pewno nie jestem wrogiem edukacji domowej. Nie mogę jednak dopuścić do wyłudzania pieniędzy.

Słyszę od rodziców, że boją się, że teraz szkoły będą mniej chętnie wyrażać zgodę na edukację domową.

Nic takiego się nie stanie. Od dwóch lat, w edukacji publicznej, edukacją domową objętych jest ok 1000 uczniów. Natomiast w minionym roku doszło do takiej sytuacji, że w placówkach niepublicznych ta liczba wzrosła do 5 000. Ktoś po prostu znalazł sposób na łatwy zarobek. Tu chodzi o kwoty rzędu kilkudziesięciu milionów złotych. Szkoda tych pieniędzy. Można je po prostu dobrze wydać. Ani dzieciom, ani rodzicom krzywda się nie stanie. Nie stracą także szkoły, bo one realnie nie wydawały tyle samo pieniędzy na ucznia przebywającego w szkole i na tego, który przebywa poza nią. Histerię rozpętują stowarzyszenia, które znalazły sposób na łatwe pieniądze.