„Narodowo-socjalistyczny [czytaj: nazistowski] rząd PiS wykonuje robotę Władimira Putina” – napisał były premier Belgii, Guy Verhofstadt, obecnie lider frakcji liberalnej Parlamentu Europejskiego. „Gazeta Wyborcza”, Onet, TVN i inne zaprzyjaźnione media chętnie wybiły te słowa na czołówki swoich świątecznych informacji. Nie mogę nazwać tego inaczej aniżeli zachętą do wojny domowej w Polsce.

Stopień nasycenia kłamstwem, nienawiścią i pogardą do wielu milionów współobywateli, którzy wybrali obecne władze w Polsce i jak najbardziej – wedle wszystkich sondaży – popierają je nadal, osiągnął w tych mediach i w tego rodzaju apelach rekordowy poziom. To mnie martwi, bowiem tego rodzaju nienawistna propaganda nie pozostaje bez śladu w ludzkich umysłach. Skoro tworzy się u nas nazizm, to dla uznających tę chorą wizję za rzeczywistość jedynym dobrym zakończeniem ich koszmaru może być zdobyty bunkier na Nowogrodzkiej (Kancelaria IV RP) i widok spalonych zwłok jego ostatnich, fanatycznych obrońców. Tak się nakręca spiralę strachu i nienawiści. Jak ją zwinąć? – nie wiem. Próbowałem szukać sposobu poprzez odwołanie do ostatniego autorytetu, jaki łączył większość zdecydowaną Polaków – świętego Jana Pawła II. I będę próbował nadal. Bo to nasz obywatelski obowiązek: starać się o zachowanie jakiegoś forum porozumienia między nami.

Można jednak i na pewno warto wykorzystać obecny kryzys jako okazję do podjęcia rozmowy z naszymi pokrzykującymi nieco zbyt głośno partnerami w Europie. Żebyśmy się lepiej zrozumieli nawzajem, powinniśmy zacząć od przywołania nieco zakurzonych faktów z nie tak dawnej historii. Skoro premier Verhofstadt sugeruje, że wybrany przez Polaków rząd ma charakter nazistowski, to należałoby przypomnieć naszym przyjaciołom Belgom, że o ile Polska była jedynym bodaj krajem bez ochotników do współpracy wojskowej z reżimem nazistowskim (Adolfa Hitlera), o tyle Belgia akurat może się „poszczycić” jak największą ilością takich ochotników. To byli „dzielni belgijscy chłopcy” z 27 flamandzkiej dywizji SS Langemarck, z 28 ochotniczej dywizji grenadierów SS Wallonien, z Algemeene SS Vlanderen, z 5 dywizji pancernej SS Wiking, a także z 23 ochotniczej dywizji grenadierów SS Nederland (wspólnej z ochotnikami z Holandii). Belgów, dodajmy, było w SS trzy czy nawet czterokrotnie więcej niż np. Ukraińców. Było ich także znacznie więcej niż Belgów w ruchu oporu. Ostatni z owych ochotników SS żyją, żyją także setki tysięcy Belgów – potomków „bohaterskich obrońców Europy” z lat 1940-1945. To mogliby być najlepsi eksperci w sprawach ideologii narodowego socjalizmu. Zastanawiam się: czy premier Verhofstadt konsultował z nimi swoje porównanie Polski roku 2015 do systemu Adolfa Hitlera?

Ośmielam się również zwrócić uwagę na potrzebę zorganizowania w Brukseli (może polscy europarlamentarzyści mogliby tę inicjatywę podjąć, skoro wzdragają się przed nią sami Belgowie?) wielkiej wystawy dokumentującej wyjątkowy, a niesłusznie pomijany wkład tego kraju w historię ludobójstwa. Tak się złożyło, że to król Belgii Leopold II – jego piękny konny pomnik zdobi dziś stolicę kraju, a także, w innych wersjach, wiele innych miast belgijskich – oraz jego wierni funkcjonariusze odpowiadają za śmierć 5 do 10 milionów (niektóre szacunki podwyższają tę liczbę do 15 milionów) Murzynów z Konga belgijskiego na początku XX wieku. Opisywał to ludobójstwo, nieco metaforycznie, nasz rodak, Joseph Conrad w Jądrze ciemności, ale jakoś dziś o tym nikt nie pamięta. A szkoda. Premier Verhofstadt zasłynął bowiem ostatnio nie tylko krytyką „nazistowskiego” rządu PiS, ale także, nieco wcześniej, przewodniczącego Donalda Tuska, za opieszałość w przymuszaniu kolejnych krajów Unii z Europy Środkowo-Wschodniej do przyjmowania wyznaczonych odgórnie kwot uchodźców z krajów Afryki i Azji. Powodem tej krytyki i podbudową jej moralnego wzmożenia jest bowiem zarzut, w rasistowski sposób kierowany wobec wszystkich narodów z „gorszej”, „nowej” Europy, iż nie docenia ona skali własnych zobowiązań wynikających ze zbrodni europejskiego kolonializmu. Chyba się premier Verhofstadt zagalopował. Winy Polski w tym zakresie można chyba wyobrazić sobie wyłącznie w postaci zbrodniomyśli Henryka Sienkiewicza, który w powieści „W Pustyni i w puszczy” nazbyt protekcjonalnie potraktował postać Kalego. Ofiar polskiego kolonializmu w Afryce czy Azji nie da się chyba policzyć nawet w dziesiątkach. Tymczasem jak długo w Brukseli stoi pomnik Leopolda II, jak długo do wszystkich podręczników europejskich nie zostanie wprowadzona wiedza o pełnej skali największego przed Holocaustem (i „etnicznymi operacjami” Stalina) ludobójstwa, którego autorami byli Belgowie – tak długo w sprawach pouczeń o odpowiedzialności za kolonializm europejski pan premier Verhofstadt powinien raczej skorzystać z okazji, żeby siedzieć cicho.

Chwila milczenia, poważnego przemyślenia – i rozmowa będzie mogła się nawiązać. Rozmowa, nie relacja ucznia odbierającego pouczenia od samozwańczego nauczyciela liberalizmu z Brukseli.