Wezwanie policji i telefon do dziennikarza ze skargą na przełożonego. Jeśli tak reaguje wysoki oficer polskiego kontrwywiadu, to NATO rzeczywiście ma powody do niepokoju.Warto też przyjrzeć się, jak medialnie kreuje się skandal.

Jeszcze do piątku wydawało się, ze wojsko ma niewiele wspólnego z klubem dyskusyjnym. Incydent z z Centrum Eksperckim Kontrwywiadu NATO pokazuje jednak, że tkwiliśmy w błędzie. Pułkownik Krzysztof Dusza nie potrafił się najpierw pogodzić z faktem, że odebrano mu certyfikat dostępu do informacji niejawnych i przez tydzień konsekwentnie to ignorował. A kiedy mianowany przez Macierewicza szef kontrwywiadu wojskowego ze swymi ludźmi wszedł do Centrum, by zmienić zamki, pułkownik wezwał na pomoc policję, a potem zaalarmował dziennikarza „GW ”.

Nawet jeśli na temat funkcjonowania wojska wyobrażenia mamy mgliste, to i tak wydaje się to bulwersujące. Wykonywanie rozkazów i podporządkowanie się przełożonym jest w wojsku z założenia czymś oczywistym, a jeśli ktoś to kontestuje, powinien wybrać inny rodzaj kariery.

Można oczywiście zastanawiać się, czy nie było błędem, że akcja w Centrum miała miejsce w nocy. Mnie osobiście to nie zachwyca — z góry było wiadomo, że natychmiast zostanie to wykorzystane propagandowo jako „akcja pod osłoną nocy ”. To ulubiony fetysz mediów i zawsze wywiera piorunujące wrażenie, nawet większe niż pukanie do drzwi o szóstej rano przez ABW. Z drugiej strony, gdyby nowe kierownictwo kontrwywiadu wojskowego wkroczyło do Centrum w porze uznanej za odpowiednią, najlepiej po uprzejmym zapowiedzeniu swej wizyty, to mielibyśmy do czynienia z niezłym spektaklem medialnym, pokazywanym przez stacje telewizyjne.

Dziennikarze, zwłaszcza „GW ”, postarali się jednak zapełnić tę lukę. Ich relacja była sugestywna, choć wewnętrznie sprzeczna. Nowa ekipa miała bowiem wkroczyć do siedziby Centrum z „dorobionym kluczem” — co zawiera sugestię jakiś pokątnych machinacji. Napisano jednak też, że „wywalano drzwi łomem “ – a to z kolei miało wstrząśniętemu czytelnikowi uświadomić brutalność nowej ekipy, która rozwala wszystko na swej drodze. Na wojsku znam się średnio, na dziennikarstwie lepiej. Lubię więc popatrzeć, jak utkano medialną narrację, rozpruć ją na kawałki, by zobaczyć szwy i fastrygę.

Otóż cały skandal związany z Centrum tliłby się niemrawo i szybko wygasł, gdyby nie Tomasz Siemoniak, były minister obrony. Bardzo postarał się, by incydent nabrał zupełnie innego wymiaru, nabrał medialnego rozpędu i poszybował wręcz w stratosferę.

W historii NATO nie zdarzyło się, by państwo członkowskie atakowało obiekt NATO

— oświadczył Siemoniak. Dokładnie tego było trzeba: efektowne i szokująco ostre zdanie, które można cytować w nieskończoność. Gdyby to powiedział pan Kowalski lub napisał jakiś publicysta, byłaby to opinia, którą można by było zlekceważyć. Jeśli mówi to były minister obrony, zyskuje ona zupełnie inny ciężar gatunkowy.

I oczywiście właśnie to zdanie uwiarygodniło całą medialną histerię. Stała się przecież rzecz niebywała: Polska, a dokładnie nowa ekipa, zaatakowała placówkę NATO. Właściwie można było niemal uznać, że zgodnie z artykułem 5 traktatu waszyngtońskiego, trzeba się spodziewać militarnej odpowiedzi Sojuszu.

Siemoniak zdążył nawet przeprosić Słowację — właśnie razem z wojskowym tego kraju tworzono centrum.

Bardzo szybko okazało się jednak że władze Słowacji uważają, że to wewnętrzna sprawa Polski

Podobnie wypowiedziało się biuro prasowe Kwatery Głównej NATO, dodając też, że Centrum nie uzyskało nawet jeszcze atestacji. A poza tym takie placówki eksperckie nigdy nie należą do struktur Sojuszu. Innymi słowy: to nie jest nasza sprawa.

Balon medialny powinien zostać w tym momencie przekłuty, a Tomasz Siemoniak ostro przez dziennikarzy przepytany. Bo albo były minister obrony jest tak niekompetentny, że nie ma pojęcia, jaki jest status Centrum, albo celowo wprowadzał opinię publiczną w błąd, formułując wręcz niebywałe tezy. Ale stało się inaczej. „Reakcja NATO ” alarmowały tytuły na portalach, tak jakby to nie pani z biura prasowego odpowiedziała na postawione jej pytanie, ale sam szef Paktu Jenz Stoltenberg w napięciu śledził sytuację w Polsce.

Niestety, nie jest tak, że odpowiedź biura prasowego NATO zamyka sprawę. Wypowiedź Tomasza Siemoniaka znalazła się już bowiem nie tylko w polskich mediach. No bo jeśli sam były minister obrony alarmuje, że po raz pierwszy w historii państwo członkowskie zaatakowało placówkę NATO, to takiej gratki zachodni dziennikarze nie mogą przepuścić.

A Siemoniak idzie w zaparte i mówi, że skoro placówka ma w nazwie „NATO”, to i do NATO należy.

Najwyraźniej jest w tych kwestiach lepiej zorientowany niż sam Sojusz. A my możemy mieć przekonanie graniczące z pewnością, że następny skandal zostanie wykreowany przy pomocy tych samych medialnych chwytów.