Największej sala w gmachu Kancelarii Prezesa Rady Ministrów otrzymała imię legendy Solidarności Anny Walentynowicz. „Ona zawsze chciała być reprezentantką tych wszystkich, którzy tworzyli Solidarność w latach 80-81’, a którzy potem zostali zmarginalizowani. Nigdy nie myślałem, że doczekam takiej chwili” - komentuje ten fakt prof. Sławomir Cenckiewicz w rozmowie z portalem wPolityce.pl.

Dzisiejszy dzień to wydarzenie upamiętnienia zwykłej kobiety, która poprzez swoją zwykłość stała się wielka. Stała się symbolem walki o godność zwykłego obywatela, walki z niesprawiedliwością. Nazwano ją Anną Solidarność

-– mówiła o Annie Walentynowicz premier Szydło.

Według szefowej rządu Anna Walentynowicz miała rację, że kiedyś przyjdzie czas, który będzie czasem różnicy zdań. Zdaniem Szydło najważniejszym zadaniem jest to, żebyśmy potrafili przełożyć słowa na konkretne działania i czyny.

Anna Walentynowicz chciała, żeby elitą Polski byli zwykli obywatele. Rząd PiS zrobi wszystko, żeby ci zwykli obywatele mieli swoich przedstawicieli. Wszyscy jesteśmy elitą Polski. Nie wstydźmy się tego, ale mówmy o tym. Pamiętajmy o tych, którzy walczyli o słabszych. Nie dajmy się zakrzyczeć

  • – zakończyła Szydło.

Prof: Sławomir Cenckiewicz, historyk:

Jestem bardzo rozemocjonowany. Myślę, że jest to jakaś klamra spinająca to wszystko, co dla upamiętnienia Anny Walentynowicz robił prezydent Lech Kaczyński. On ją wydobył gdzieś z marginesu wręczając jej 3 maja 2006 roku Order Orła Białego, a pani premier RP spina to właśnie w jakąś klamrę pokazując, że działania jej rządu są inspirowane własne przez postać Anny „Solidarność”. To jest coś wspaniałego. Nigdy nie myślałem, że doczekam takiej chwili.

To jest największa sala, najbardziej reprezentatywna. Tu są najważniejsze spotkania o charakterze międzynarodowym i tego się już nie da zmienić. To będzie jakiś trwały element upamiętnienia Anny Walentynowicz. Oczywiście nie należy się zatrzymywać i trzeba iść dalej. Trzeba zrobić wszystko, żeby Anna Walentynowicz stała się prawdziwym symbolem „Solidarności”, tych wszystkich, których nawet ja, jako historyk, nie pamiętam z nazwiska. Bo ona zawsze chciała być reprezentantką tych wszystkich, którzy tworzyli Solidarność w latach 80-81’, a którzy potem zostali zmarginalizowani, delikatnie mówiąc wyrzuceni poza nawias i bardzo często borykają się z bardzo podstawowymi problemami życiowymi.

To naturalnie wpisuje się w próbę uczynienia z Henryki Krzywonos „Heni Solidarność” - jak kiedyś napisał Tomasz Lis. Ja myślę, że to jest pojedynek z góry skazany na niepowodzenie z tamtej strony, która posługuje się kłamstwem. Niemniej jednak trzeba pilnować pamięci o Annie Walentynowicz i oczywiście ma to też taki wymiar, że jej znaczenie w  tych dniach jest podkreślone i  to przez premiera Rzeczpospolitej. To jest coś niebywałego. Nigdy nie miała miejsca taka sytuacja.

Anna Walentynowicz zaangażowała się w działalność Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża w 1978 r. 7 sierpnia 1980 r. została bezprawnie zwolniona ze Stoczni Gdańskiej, co przyczyniło się do rozpoczęcia strajku w stoczni 14 sierpnia 1980 r., który doprowadził do powstania Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”.

Walentynowicz została członkinią Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego oraz Prezydium Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ. Internowana w stanie wojennym; potem kilka razy aresztowana. W 1981 r. inwigilowało ją ponad 100 funkcjonariuszy i tajnych współpracowników SB. Zginęła w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r.

fot. wPolityce.pl
fot. wPolityce.pl

sil