Rząd PiS jest tak samo obijany maczugą jak rząd Orbana. I tak samo powinien reagować - robić swoje

Fot. PAP/Radek Pietruszka
Fot. PAP/Radek Pietruszka

Przez chwilę sądziłem, że rząd Beaty Szydło zaniedbał działania wizerunkowe i marketingowe, dlatego nakręca się spirala ataków na niego. Ale przypadek wicepremiera i ministra kultury Piotra Glińskiego dowodzi, że te kwestie są całkowicie od siebie niezależne. I dowodzi, że kopanie się z koniem czy też rozmowa ze ślepym o malarstwie nie ma sensu. Prof. Gliński, szanowany naukowiec i człowiek kulturalny, próbował racjonalnie i spokojnie wyjaśnić motywy działania Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w sprawie spektaklu we wrocławskim Teatrze Polskim. I okazało się, że to nie ma żadnego sensu, bo czego by nie powiedział, zostanie to wykoślawione i przerobione w karykaturę. I im bardziej zamierzał prowadzić w tej sprawie otwartą debatę, tym wywoływało to więcej przeinaczeń, manipulacji, kłamstw i absurdów. Oczywiście opozycja i przeciwnicy obecnej władzy mają prawo jej nie lubić, nie popierać i krytykować. Tyle tylko, że to oni domagają się debaty, ale ta już po chwili okazuje się równie bezsensowna jak sytuacja w skeczu Monty Pythona „Samoobrona”. Grający instruktora John Cleese zachęca kursanta, by zaatakował go bananem. Tłumaczy, że wystarczy obezwładnić atakującego, zabrać mu banana i go zjeść, a nie ma problemu. Okazuje się jednak, że obezwładnienie polega po prostu na zastrzeleniu kursanta atakującego bananem.

Wychodzi na to, że ministrowie Beaty Szydło postanowili robić swoje kompletnie nie przejmując się reakcjami, bo im bardziej na początku zaczynali reagować, tym większą to wywoływało agresję. Dla atakujących nie ma bowiem żadnego znaczenia, co robi rząd i jego parlamentarne zaplecze. Z jednej strony przeciwnicy rządu domagają się, by praktycznie nie wychodził on z pracy i realizował wyborcze zapowiedzi, z drugiej - każde z tych działań jest kwestionowane i przedstawiane jako złe bądź niepotrzebne. Wynika to z uzależnienia PO i jej medialnego zaplecza od własnej histerii wywoływanej podczas ośmiu lat rządów, a już histerii w wersji hardcorowej podczas kampanii prezydenckiej i parlamentarnej. Teraz musi być jeszcze bardziej hardcorowo, bo PO oraz jej medialne zaplecze ośmieszyliby i skompromitowali własną strategię z czasów, kiedy PiS było w opozycji. No bo skoro już PiS rządzi, i to ma prawie pełnię władzy, to musi być totalitaryzm, faszyzm i wszystko co najgorsze. Paradoksalnie to PO i jej medialne zaplecze są zakładnikami własnej szajby i wariactwa, natomiast PiS może to po prostu ignorować. A im bardziej ignoruje, tym obecna opozycja bardziej się wścieka i napina, i tym bardziej goni w piętkę.

Bardzo wiele wskazuje na to, że ignorowanie ataków i histerii jest jedyną rozsądną strategią. Ataki zostały tak zaplanowane, żeby wokół każdego, nawet mało znaczącego wydarzenia wywołać atmosferę końca świata, a przynajmniej Sodomy i Gomory. Najpierw w mediach i polskiej polityce, a potem za granicą. Poprzez korespondentów zachodnich mediów jednocześnie pracujących głównie dla „Gazety Wyborczej”. Poprzez zaprzyjaźnionych z mainstreamem (on wciąż pozostaje taki sam) zachodnich dziennikarzy. Poprzez polityków w rodzaju Martina Schulza czy Guya Verhofstadta, znanych z przemądrzałości i pouczania tych wszystkich w naszej części Europy, którzy nie rzucają im się do stóp i nie chwalą ich geniuszu. Czyli jest powtarzany scenariusz zastosowany już wobec Węgier i Victora Orbana. A Orban szybko robił swoje i był na ataki kompletnie impregnowany. Histeryzowali, wydawali odezwy i manifesty, podpisywali listy protestacyjne i się nadymali, a Orban po prostu miał to gdzieś. Pewne kłopoty na forum UE z tym się wiązały, ale szybko się okazało, że ani kapitał nie omija Węgier, ani nie da się Orbana izolować. A kryzys z tzw. uchodźcami dowiódł, że w wielu sprawach Orban okazał się wzorem racjonalności i dalekowzroczności.

Ostrzał i obrzucanie błotem, jakie przez kilka lat praktykowano w stosunku do Orbana i Węgier próbuje się teraz stosować wobec Polski, prezydenta Andrzeja Dudy oraz rządu Beaty Szydło. I tak samo jak na Węgrzech w nagonce uczestniczyli skompromitowani socjaliści byłego premiera Ferenca Gyurcsanya (tego od „kłamaliśmy rano, wieczorem i nocą”), tak w Polsce uczestniczą w niej przegrani politycy PO oraz były prezydent Bronisław Komorowski. A skoro strategia Orbana okazała się skuteczna, rządzący z PiS zapewne uznali, że nie ma co odkrywać Ameryki, tylko postępować podobnie. Bo żadne racjonalne argumenty nie trafią, a nawet szkoda wysiłku, by cokolwiek tłumaczyć. Będzie bowiem tak samo jak w skeczu Monty Pythona z bananem, czyli strzał z biodra do kursanta.

To wszystko nie oznacza, że nowy obóz władzy w Polsce jest z definicji wolny od błędów. Nie jest, choć dla przeciwników nie ma to najmniejszego znaczenia. A może być nawet tak, że rzeczywiste błędy są i będą mniej atakowane od tych kompletnie wydumanych. Nie zmienia to faktu, że trzeba błędów unikać. Nie ze względu na przeciwników, lecz z powodu zasad, które chce się i powinno przestrzegać. I tak po stronie przeciwników będzie propaganda lansująca zasadę panświnizmu, ale poczucie wierności pewnym zasadom jest jednak tarczą przed panświnizmem. I pomaga realizować założone cele nie w stylu Jerzego Urbana i antybohaterów taśm prawdy, tylko wedle zupełnie innego zestawu wartości.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...