Najpierw poglądy, potem sympatie. Najpierw rząd, potem ataki na niego. Najpierw Polska, potem ja

fot. wPolityce.pl
fot. wPolityce.pl

W odróżnieniu od Łukasza Warzechy nie mam zamiaru dzielić „prawicowej publicystyki” na dwa obozy – lepszego, dla którego „najpierw są poglądy, a dopiero potem na ich podstawie ocenia się poszczególne działania i decyzje” oraz gorszego, dla którego „rządzi nasz obóz i należą mu się po prostu fory z samej tej przyczyny, że jest nasz”. To dość toporne – przyznajmy – ustawienie sobie adwersarzy, bo nie tylko, że nieprawdziwe, to jeszcze wpisujące samego autora do grona obiektywnych dziennikarzy z zasadami, jego zaś krytyków stawiające w gronie usłużnych wobec nowej władzy propagandystów.

Ba, skoro ci pierwsi są, zdaniem Warzechy, „normalni”, to jacy będą ci drudzy? On sam pisze, że „niebezpieczni”. Ale czy tylko?

Normalność to również stosowanie przez dziennikarzy i publicystów identycznej miary dla każdego. Od samego początku. Każda sugestia, żeby na jakiś czas się wstrzymać, żeby przez pewien okres działać na specjalnych zasadach, żeby łagodniej patrzeć na zwycięzców – jest niezwykle niebezpieczna

— pisze Łukasz Warzecha. Warto spojrzeć na to zdanie przez lupę, bo zawiera wszystko to, czym autor ten szermuje sprytnie od wielu miesięcy – w zdania prawdziwe wplata fałszywe, które z kolei pozwalają mu, jako się rzekło, ustawić sobie adwersarzy jako zaślepionych blaskiem Kaczora półgłówków. Owszem, wiele jest głosów, by się wstrzymać z atakami na nowy rząd do czasu, gdy rząd ten… po prostu powstanie. Ale żeby „łagodniej patrzeć na zwycięzców”? Gdzie Warzecha przeczytał to zdanie?

Wreszcie sprawa dla mnie kluczowa – łatwo, jak Łukasz, pisać: „piszę tylko we własnym imieniu”, ale zaraz potem: „my, rozsądni, obiektywni” i „wy – niebezpieczne oszołomy” (to nie cytaty, ale oczywiste przesłanie jego tekstu). Warzecha pisze o „swojej” grupie:

Wystarczyło, że skrytykowali ten czy inny aspekt działania władzy startującej (lub już od jakiegoś czasu funkcjonującej – w przypadku prezydenta), aby ściągnąć na siebie w najlepszym przypadku niechęć, w najgorszym zaś agresywne połajanki części odbiorców.

Połajanki odbiorców – rzecz normalna po wszystkich stronach barykady. A to że za ostro, a to że za miękko, a to że bezmyślnie, a to że zbytnio „intelektualizując”. Każdy dziennikarz musi zachować dystans – wobec przychylnych komentarzy także. Mam jednak wrażenie, że nie o odbiorców Warzesze chodzi, ale przede wszystkim – kolegów po piórze. To oni mają dać sobie spokój ze stu dniami spokoju, o których – jak pisze Warzecha – wspominają bezmyślnie. Że rządu jeszcze nie ma, więc licznik nawet nie ruszył? Nie szkodzi. Od tego rządu trzeba wymagać więcej. Trudno tak polemizować, więc czas na przykład.

W odróżnieniu od Łukasza wolę optykę indywidualną i dlatego dam go z życia własnego. Nasz redakcyjny kolega, Maciej Pawlicki zasugerował kilka dni temu, że prezydent Andrzej Duda nie wywiązuje się z obietnic złożonych „frankowiczom” (ściślej – grupie aktywistów walczących z „frankowym bezprawiem”). Pawlicki pisał w dość histerycznym tonie:

Setki tysięcy Polaków oszukanych przez bankierów, bezbronnych wobec finansowej przemocy, bezsilnych wobec państwa dotąd sprzyjającego łamaniu prawa - uwierzyło Ci, Panie Prezydencie. Na dzisiaj się z nami umówiłeś.

Co ciekawe, umowy prezydent Duda dotrzymał, a jego doradcy przedstawili projekt rozwiązania problemów „frankowiczów”, tyle że w wielu punktach rozbieżny z projektem „społecznym” (choć pisanym raczej bez społecznych konsultacji, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo). Sam Pawlicki zresztą, chyba dopiero po lekturze swego tekstu, uznał, że zarzuty postawił głowie państwa zbyt ostre i popełnił niejako polemikę z samym sobą, w kolejnym artykule, zatytułowanym: „Formalnie prezydent Duda dotrzymał słowa. Ale diabeł tkwi w szczegółach”. Przyznać się do tego, że się zapędziło, choćby w tak zawoalowanej formie, jak Maciej – cenna rzecz.

Cóż jednak robi w tym czasie Warzecha? Już po pierwszym tekście Pawlickiego pisze na Twitterze: „Maciej Pawlicki rozlicza PAD za jedną z obietnic. Ewidentnie niewypełnianą. Merytorycznie”. Odpisuję mu: „Niewypełnianą, bo jest nowy projekt? Jeśli stary budzi wątpliwości konstytucjonalistów i nie tylko ich? Śmiechu warte”. Odpowiada: „Krzysztofie, pracuj dalej. Miejsce Lisa po „tej” stronie jest wciąż chyba wolne”.

Prawda, że obiektywnie, rzetelnie i merytorycznie? Dziś Łukasz bombarduje tych, którzy ośmielili się nie zgadzać się z publicystą „Rzeczpospolitej” – Andrzejem Stankiewiczem (ostatnio zajmował się w jednej z telewizji problemem: „Dlaczego Beata Szydło miała po wygranych wyborach tak nietęgą minę”) – określeniem, uwaga - „lemingi prawej strony”.

Cóż – nie po raz pierwszy Łukasz Warzecha domaga się zrozumienia dla odmienności własnych poglądów, ale zrozumienia dla innych nie ma za grosz. Pisał wielokrotnie, że nigdy nie będzie zajmował się działaniami innych dziennikarzy, ale kiedy trzeba któremuś przywalić między oczy, chętniej wybiera tych po „naszej”, jak pisze, stronie. Tylko cóż to za pojęcie, skoro tuż przed samymi wyborami deklarował poparcie dla Przemysława Wiplera, jednego z głównych polityków partii Korwin? Przy całym szacunku dla wielu cennych inicjatyw Wiplera – czy pisząc o „naszej” stronie Łukasz ma na myśli elektorat Janusza Korwina-Mikke?

Zresztą – to wątek boczny. Najważniejszy wydaje mi się fakt, że autor ten po raz kolejny wytacza najcięższe armaty w odpowiedzi na czyjąś niezgodę z jego poglądami. Nazywanie mojej skromnej osoby kandydatem na „Lisa prawej strony” jest tego dobrym przykładem. Oczywiście – trochę już przywykłem. W czasie kampanii wyborczej Warzecha tak się zagotował, że przypisywał mi opinie, które nigdy by mi do głowy nie wpadły – np. o tym, że „Kukiz jest agentem”. Ręce mi opadły, ale opublikowałem sprostowanie na portalu, by nikt w te bzdury nie zdążył uwierzyć. Po porównaniu do Lisa jestem pewien, że milczenie tylko takich „polemistów” rozzuchwala.

Więc, reasumując, podobnie jak Państwo - nie dam sobie zamknąć ust, choćby mnie stu Warzechów nazwało prawicowym lemingiem, gorszym od Lisa, Żakowskiego i Olejnik razem wziętych. I powtórzę to, co napisałem na Twitterze: czytając teksty niektórych kolegów mam wrażenie, że PiS w osiem dni więcej zrobił Polsce złego niż PO w osiem lat. Skoro ja mam takie wrażenie, mogą mieć je i nasi Czytelnicy. Nazywanie ich tylko dlatego „prawicowymi lemingami” jest po prostu niegrzeczne.

Rozumiem, że mistrzowie ciętej riposty, geniusze niespełnionych proroctw i miłośnicy ruchów rozbijających jedność na prawicy mogą mieć to w głębokim poważaniu, ale fakt ten raczej ich, nie ich krytyków, predestynuje do roli „nowego Lisa”. Bo – warto przypomnieć – Lis to nie tylko oddanie władzy (takich było na pęczki), ale przede wszystkim niestrawna dla widzów megalomania. I obawiam się, że tutaj z kolei wszystkie miejsca „po naszej stronie” od dawna są już zajęte.


W zestawie taniej! Polecamy „wSklepiku.pl” pakiet: „Resortowe dzieci. (2 tomy, media i służby)”.

Najnowsze artykuły

Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu

Śledź nas na Google News

Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News

Dziękujemy za przeczytanie!

Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.

Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych