Wybory parlamentarne, które odbyły się 25 października pod wieloma względami były przełomowe. Oprócz zdobycia samodzielnej większości przez PiS oraz wejścia do Sejmu ruchu Pawła Kukiza i partii Ryszarda Petru zwraca uwagę dramatycznie słaby wynik PSL, który będzie oznaczał stopniową marginalizację, a w dłuższej perspektywie być może także koniec tej partii na polskiej scenie politycznej.

Miny ludowców w niedzielny wyborczy wieczór mówiły same za siebie: ten wynik to tragedia, a wielu komentatorów sceny politycznej z rozbawieniem przypominało słowa dotychczasowego prezesa Stronnictwa Janusza Piechocińskiego o dwucyfrowym wyniku i budowie wielkiej koalicji PiS-PO-PSL z nim jako premierem. Z każdym policzonym głosem miny czołowych polityków tej partii rzedły coraz bardziej. Szybko okazało się, że mandatu nie uzyskali m.in.: obecny wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński, poseł wszystkich kadencji i były marszałek Sejmu Józef Zych, wicemarszałek Eugeniusz Grzeszczak, Jan Bury i Waldemar Pawlak – wszyscy zaczynający swoje kariery jeszcze w Zjednoczonym Stronnictwie Ludowym. Reelekcji nie udało się też uzyskać żadnemu ze spadochroniarzy z Twojego Ruchu i Platformy Obywatelskiej. Z twardego jądra PSL do parlamentu udało się wejść jedynie Markowi Sawickiemu, Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi i Genowefie Tokarskiej. PSL uzyskał najsłabszy wynik w historii III RP – 5,13% i zaledwie 16 mandatów, co ledwie pozwoli na powołanie klubu parlamentarnego. Zabrakło niewiele (ok. 20 tys. głosów), by Stronnictwo w ogóle do Sejmu nie weszło.

W wyborach parlamentarnych w 2011 roku PSL zdobył 1 201 628 głosów, co stanowiło 8,36% i dało 28 mandatów. W tym roku ludowcy dostali zaledwie 779 875 głosów. Jak łatwo obliczyć PSL stracił 421 753 głosy co stanowiło ubytek aż o 35%. Przed tegorocznymi wyborami mówiło się, że PSL może wykończyć tylko wysoka frekwencja (ta była tylko nieco wyższa niż w 2011 roku), a wiele osób było przekonanych, że PSL swoje standardowe 7-8% dostanie. Osobiście typowałem wynik tej partii na 5,5%, choć po cichu liczyłem na to, że PSL się jednak nie dostanie do parlamentu. Od prognoz wyborczych ciekawsza jest jednak odpowiedź na pytanie o przyczyny tak słabego wyniku. A tych było co najmniej kilka.

Po pierwsze, PSL pozostające od ośmiu lat w koalicji nie tylko na szczeblu rządowym, ale też samorządowym z Platformą Obywatelską mocno oberwało rykoszetem. Tonąca Platforma ciągnęła na dno ludowców, a politycy PiS na każdym kroku przypominali, że podwyższenie wieku emerytalnego, obowiązek szkolny dla sześciolatków czy mielenie inicjatyw obywatelskich to zasługa koalicji PO-PSL.

Po drugie, PSL-em targały liczne afery korupcyjne i obyczajowe. W ostatnich 4 latach regularnie media obiegały informacje o takiej czy innej aferze z udziałem ludowców. W 2012 roku wybuchła tzw. afera Elewarru. NIK i CBA wskazywały na liczne nieprawidłowości, w tym wyprowadzanie olbrzymich pieniędzy i nepotyzm w tej spółce. Zamieszani w nią byli partyjni koledzy ówczesnego ministra rolnictwa Marka Sawickiego, który w wyniku afery podał się do dymisji. Sawicki jednak powrócił na stanowisko w marcu 2014 roku. Takie zachowanie musiało zostać bardzo negatywnie odebrane, nawet przez wierny elektorat PSL. Największe szkody PSL-owi wyrządziła jednak afera podkarpacka, w którą zamieszany był Jan Bury. Wielowątkowa, uznawana za jedną z największych afer PO-PSL była ogromnym ciosem wizerunkowym dla Stronnictwa. Z jednej strony oskarżony m.in. o przyjmowanie łapówek, płatną protekcję oraz przestępstwa seksualne PSL-owski marszałek województwa podkarpackiego Mirosław Karapyta, z drugiej Bury, który miał przyjmować łapówki w postaci sztab złota i doprowadzić Skarb Państwa na wielomilionowe straty związane z budową elektrowni wiatrowych. Na kilka tygodni przed wyborami światło dzienne ujrzały też nagrania rozmów Burego z szefem NIK Krzysztofem Kwiatkowskim. Politycznie dla Burego zakończyło się fatalnie, uzyskał jedynie 5293 głosy (4 lata wcześniej 15 649) i nie uzyskał ponownie mandatu. Jakby tego było mało już w czasie kampanii wyborczej, 14 września CBA zatrzymało kandydatkę PSL na senatora Małgorzatę Stanioch. Wizerunek PSL jako partii skorumpowanej i zdegenerowanej utrwalił się na dobre.

Po trzecie, znaczną część elektoratu PSL przejęło Prawo i Sprawiedliwość. Stronnictwo od dawna (jeśli w ogóle) nie było związane z rolnikami i nie reprezentowało ich interesów. Ludowców interesowały tylko stanowiska i obsada państwowych spółek. Na nic zdawały się regularne zapewnienia polityków PSL, że troszczy się ono o sprawy wsi. W tym samym czasie PiS prowadziło konsekwentną politykę przyciągania wiejskiego elektoratu, podnosiło na licznych konferencjach sprawy wsi, co było szczególnie widoczne w czasie tegorocznej suszy.

Do tego wszystkiego dochodziły inne, pomniejsze czynniki, takie jak wewnętrzne tarcia w partii, której przykładem był chociażby konflikt na linii Piechociński-Pawlak. Ten drugi mimo utraty prezesury nadal zachowywał spore wpływy w partii i pozwalał sobie na niestandardowe działania, jak wtedy, gdy w lipcu ubiegłego roku żądał od szefa MSW Bartłomieja Sienkiewicza wyjaśnień w sprawie przeszukań w mieszkaniu i biurze Jana Burego. Sympatii PSL-owi nie przysłużyło też wzięcie na listy ludzi idących ręka w rękę z Palikotem, czy Johna Godsona, byłego polityka Platformy i Polski Razem.

Co teraz czeka Polskie Stronnictwo Ludowe? Marginalizacja, a docelowo polityczny niebyt. Władysław Kosiniak-Kamysz został nowym prezesem partii, bo nie było innego wyboru. On jako młoda i najbardziej rozpoznawalna twarz PSL po prostu musiał przejąć schedę po Januszu Piechocińskim. I mimo, że do tej pory był wiceprezesem partii oraz ministrem pracy, to nie był w PSL szczególnie ważną figurą. Bez umocowania w partii i zaplecza zbyt dużo nie zdziała. Poza tym to przymusowe odmłodzenie kadr wcale nie wpłynie pozytywnie na wizerunek partii. Kosiniak-Kamysz sprawia wrażenie nudnego urzędnika z prowincji i z pewnością nie przyciągnie nowego elektoratu. A ten, z racji konserwatywnego zacięcia będzie skłonny zwrócić się raczej ku PiS-owi. Poza tym Kosiniak-Kamysz pochodzi ze znanej PSL-owskiej rodziny, która znakomicie się odnajdywała przez ostatnie 26 lat. To nada odświeżeniu partii jeszcze bardziej pozorny charakter.

Stopniowo odcinany od spółek Skarbu Państwa, urzędów i stanowisk w samorządach PSL będzie popadał w coraz większy zamęt. To, co do tej pory stanowiło o sile tej partii przestanie odgrywać rolę napędowego motoru. Jak fatalna sytuacja panuje już teraz w partii, niech świadczy zmiana w sejmikach województw małopolskiego, lubuskiego i podlaskiego, kilka godzin po tym jak Janusz Piechociński ogłosił, że żadnych zmian w samorządach nie będzie. Część działaczy PSL będzie w stanie poprzeć PiS bez żadnych warunków wstępnych, co dla partii Jarosława Kaczyńskiego oznacza brak przymusu wchodzenia w niewygodne koalicje ze skompromitowaną partią. W Sejmie PSL będzie popierać większość projektów partii rządzącej (z powodów czysto koniunkturalnych), a kwestią czasu będzie gdy kilku posłów utworzy jakieś koło poselskie popierające PiS, a docelowo zgłosi akces do tej partii. Będzie to tym łatwiejsze, że w Sejmie nie ma już starej gwardii, która stawiała wzięte z sufitu warunki ewentualnej współpracy.

PSL to wieczny satelita, który nie umie żyć bez pana. Partia skorumpowana, tworząca liczne układy, która by żyć musi partycypować we władzy, długo nie utrzyma się na powierzchni. A akty oskarżenia i wyroki dla takich ludzi jak Bury czy Karapyta będą stanowiły najlepsze zwieńczenie politycznego bytu Polskiego Stronnictwa Ludowego.