Jeszcze o Morawieckim... Dlaczego jego bank nazywany jest nieformalnym „ministerstwem polskiej kultury i dziedzictwa narodowego”?

fot.bankier.pl
fot.bankier.pl

Tekst ten piszę z perspektywy dziennikarza i filmowca od lat zaangażowanego w promocję Żołnierzy Niezłomnych, Powstania Warszawskiego i polskiego fenomenu cywilizacyjnego na Ziemiach Zachodnich po II wojnie światowej.

To jak trudno było dotąd zdobyć finanse na patriotyczne wydawnictwo czy film wie każdy, kto próbował. Gdy parę lat temu napisałem książkę o wrocławianach walczących w Powstaniu Warszawskim we Wrocławiu znalazła się tylko jedna instytucja, która bez zbędnej dyskusji wyłożyła pieniądze na jego publikację.

Od kiedy prezesem Banku Zachodniego WBK został Mateusz Morawiecki zarządzana przez niego firma stała się – bez cienia wątpliwości - największym mecenasem inicjatyw na rzecz upamiętniania polskiej historii i oddawania czci naszym narodowym bohaterom. We Wrocławiu i na Dolnym Śląsku nie mamy wątpliwości, kto finansuje patriotyczne wystawy, rekonstrukcje, pomniki. Adres znają wszyscy.

Bez względu na to, czy Bank Zachodni WBK miał większościowe udziały irlandzkie czy hiszpańskie, za sprawą jego aktualnego prezesa nazwany jest „ministerstwem polskiej kultury i dziedzictwa narodowego”. Określenie to nie do końca jest żartobliwe. Na najważniejsze przedsięwzięcia z zakresu polskiej kultury czy pamięci - wcześniej czy później - pieniądze można było dostać właśnie tu. Gdzie w tym czasie były państwowe instytucje powołane, aby służyć polskiemu dziedzictwu?

Poświęconych narodowej pamięci mecenatów, które zawdzięczamy Bankowi Zachodniemu WBK od kiedy jego prezesem jest Mateusz Morawiecki, są setki. Komu zawdzięczamy liczne pomniki Żołnierzy Wyklętych, ofiar Obławy Augustowskiej, obozu w Konstantynowie Łódzkim i dziesiątki innych? Do kogo zwrócili się autorzy filmu o śmierci gen. Sikorskiego, kiedy dowiedzieli się o ostatnich żyjących świadkach tej narodowej tragedii? Kto ocalił projekt „Encyklopedia Solidarności”? Podobne przykłady można mnożyć. Może więc tylko jeden z bardziej znamiennych.

Dwa dni przed kręceniem najdroższych scen filmu pt. „Czarny czwartek” Antoni Krauze dowiedział się, że nie ma na nie pieniędzy. Umówione były czołgi, śmigłowce, tysiące statystów. Po tym, jak w podobnej sytuacji, na planie innego filmu, nikt nie doczekał się zapłaty – teraz wszyscy oczekiwali pieniędzy w gotówce i z góry. A pieniędzy nie było skąd wziąć. Twórcy filmu łudzeni byli obietnicami przelania ich za cztery miesiące. Czyli wtedy, gdy zawiedzionych odwołaniem zdjęć może już nie dałoby się ponownie ściągnąć a zimowy pejzaż miasta nieuchronnie zamieniłby się w wiosenny. Trudno oprzeć się wnioskowi, że zrealizować się miał plan, w myśl którego film o Grudniu 1970 miał w ogóle nie powstać a jego twórcy mieli być odtąd bankrutami. Postawię retoryczne pytanie: gdzie wtedy od razu znalazły się pieniądze na uratowanie tego filmu? Kto osobiście uratował film o Grudniu 1970?

Autorom kolejnych insynuacji na temat rzekomego oddania obcym sprawom proponuję, by najpierw sobie na takie np. pytanie odpowiedzieli. I na koniec jeszcze osobisty wtręt. Praca nad książką o wrocławskich Powstańcach Warszawy zajęła mi ponad rok. Od samego początku była to praca charytatywna, wynikająca z poczucia obowiązku - wrocławscy Powstańcy odchodzili jeden po drugim, a w naszym mieście praktycznie nikt o nich nie słyszał. Możecie Państwo wierzyć lub nie, ale w rozmowach z bankiem o żadnym autorskim honorarium nie dyskutowałem. To jego prezes Mateusz Morawiecki - którego osobiście nie znam i nigdy z nim nawet nie rozmawiałem - zabiegał, aby to honorarium przyznać.

Nie wiem więc jakim ministrem byłby Morawiecki, ale wiem jakim jest patriotą i jakim człowiekiem.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...