Już ktoś coś wymyśli, żeby Kiszczak spoczął na Powązkach, choć nie na wojskowych. I to tylko potwierdzi trwanie postkomunizmu w wielu strukturach III RP. Rząd PiS musi go wykorzenić.

5 listopada 2015 r. był dniem symbolicznym. Prezydent Andrzej Duda wtedy wyznaczył na 12 listopada posiedzenie nowego parlamentu, a marszałkiem seniorem Sejmu wybrał legendę antykomunistycznej opozycji, niezłomnego Kornela Morawieckiego. Tego samego dnia zmarł Czesław Kiszczak, jeden z najważniejszych, obok Wojciecha Jaruzelskiego, utrwalaczy systemu komunistycznego w Polsce oraz architekt systemu postkomunistycznego. Do tego dochodzi fakt, że w nowym parlamencie nie będzie postkomunistów, którym przede wszystkim Kiszczak zapewnił aksamitne lądowanie w III RP, rządzenie przez dwie kadencje i uprzywilejowaną pozycję w biznesie, finansach czy mediach. To wszystko nie znaczy, że 25 października skończył się w Polsce postkomunizm. On nie skończy się także 12 listopada, ale wreszcie może zacznie się kończyć. Bardzo naiwne i pięknoduchowskie wydaje się z tej perspektywy oświadczenie aktorki Joanny Szczepkowskiej, wygłoszone 28 października 1989 r. w „Dzienniku Telewizyjnym”: „Proszę państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm”.

Już ktoś coś wymyśli, żeby Czesław Kiszczak został pochowany na Powązkach, choć nie na wojskowych i bez udziału kompanii honorowej. I to tylko potwierdzi trwanie postkomunizmu w wielu strukturach państwa, a na pewno w mentalności sporej części społeczeństwa, nie mówiąc o tzw. elitach. I to po raz kolejny zaświadczy o długich rękach komunistycznych tajnych służb, które są w stanie docenić i ochronić swego patrona także po śmierci. To, co socjolog Mirosława Grabowska nazwała w 2004 r. „podziałem postkomunistycznym” (w książce pod takim właśnie tytułem) wciąż ma ogromny wpływ na polską politykę i życie. I ten podział wcale nie stał się mniej wyrazisty przez ostatnie osiem lat, gdy rządziła Platforma Obywatelska, formalnie wywodząca się z obozu solidarnościowego. PO tylko przejęła od SLD funkcję zwornika systemu postkomunistycznego, bo była zdecydowanie bardziej funkcjonalna.

W nowym parlamencie nieprzypadkowo zabrakło SLD, bo sojusz stał się po prostu niepotrzebny jako strażnik sieci postkomunistycznych interesów roztopionych w klientystycznym w dużej mierze kapitalizmie III RP. Na scenie była przez ostatnie osiem lat formacja nowocześniejsza i skuteczniejsza w reprezentowaniu interesów tych wszystkich ludzi poprzedniego systemu, którzy w III RP poczuli się jak u siebie. PO nie utrudniła im dostatniego życia i nie przeszkodziła w zajmowaniu uprzywilejowanej pozycji, a tylko wielu z nich skonformizowała, czyniąc częścią swego zaplecza. A z niektórych zdjęła piętno „komuchów” i uczyniła prawdziwymi, cnotliwymi demokratami. To miał być czytelny komunikat, że PO może rozgrzeszać, uszlachetniać i przywracać utraconą cnotę. Najlepszym tego dowodem jest przygarnięcie przez PO najpierw Danuty Hübner, a potem Dariusza Rosatiego i uczynienie z nich wizytówek Platformy w europarlamencie .Wcześniej Rosati odzyskał dzięki PO cnotę w polskim Sejmie, będąc nawet szefem Komisji Finansów Publicznych. Zaś w kraju takie „odkomuszenie” dzięki PO przeszedł były sekretarz KC PZPR Marcin Święcicki, w ostatnich miesiącach główny „prezenter” pomysłów gospodarczych rządu Ewy Kopacz.

Przejmujące władzę PiS czeka bardzo trudne zadanie rozmontowania, a przynajmniej zdjęcia ochrony i osłony z wielu elementów wciąż istniejącego systemu postkomunistycznego. Jego hierarchie społeczne, jego system wyłaniania i obrony autorytetów, jego zaplecze biznesowe, finansowe i medialne mają się świetnie właśnie dlatego, że wiernie służyły PO. To zadanie dlatego trudne, że rządy PO umożliwiły różnym elementom tego systemu quasi-demokratyczne przeobrażenie, a przynajmniej dały im demokratyczne alibi i twarz. Gdy się słucha taśm z restauracji „Sowa i Przyjaciele” oraz „Amber Room” widać, jak wiele przedsięwzięć i fortun ma postkomunistyczne zakorzenienie i jak wielu reprezentantów władzy PO ma mentalność bliską postkomunistycznej i jest towarzysko zblatowana z postkomunistyczną elitą. To dlatego większość starszej części dawnych wyborców SLD ochoczo głosowała na PO. Z kolei ci młodsi, nieuwikłani w interesy postkomunistów, byli za mało liczni, w dodatku podzieleni między Zjednoczoną Lewicę i Partię Razem, żeby kolegom Leszka Millera zapewnić obecność w parlamencie. Miller zorientował się, że dawny postkomunistyczny elektorat uciekł od niego do PO. Dlatego zmontował Zjednoczoną Lewicę. Ale była ona jeszcze zbyt podobna do SLD i za mało radykalna w stosunku do Partii Razem, żeby przekroczyć ośmioprocentowy próg ustanowiony dla koalicji.

Ewa Kopacz, która z prawdziwej polityki niewiele rozumie i ma „postępowe” poglądy, weszła jak nóż w masło w przerabianie PO w partię lewicową, do czego parła część jej postkomunistycznego zaplecza, które dzięki Platformie odzyskało demokratyczną cnotę. Sądzę, że wielu polityków PO nadal nie rozumie przyczyn lewicowego zwrotu swojej partii. A to dlatego, że tych przyczyn szukają w głowach i woli przywódców, a nie w tym, że bardzo silną częścią zaplecza PO stał się przeobrażony układ postkomunistyczny. I ten układ zaczął pełzająco modyfikować ideologię PO. Ale to byłoby pół biedy. Najważniejsze, że ten układ na zapleczu PO stępił lub całkiem wyeliminował antykomunistyczne nastawienie sporej części działaczy tej partii, istniejące jeszcze kilka lat temu. A to zadecydowało o pobłażliwości PO dla ludzi komunistycznego reżimu, nawet takich jak Kiszczak i Jaruzelski. To zadecydowało także o utrzymywaniu się czy wręcz odrodzeniu wpływów ludzi starego systemu w tajnych służbach, w różnych instytucjach Wojska Polskiego i policji, w wymiarze sprawiedliwości, w publicznych mediach, a także w instytucjach odpowiedzialnych za prowadzenie polityki historycznej państwa.

Gdy 25 października 2015 r. oraz w następnych dniach coraz więcej osób zaczęło mówić i pisać, że właśnie skończył się w Polsce postkomunizm, tylko zademonstrowali swoje pragnienia. Bo tak naprawdę nic się nie skończyło, co próbowałem powyżej udowodnić. Jeśli PiS chce odnieść sukces, postkomunizm faktycznie powinien się skończyć. A wręcz jest to warunek niezbędny. Platformerski pragmatyzm i nihilizm w połączeniu z siatką postkomunistycznych interesów i wpływów, które zyskały parasol PO, jest patologiczną formą prywatyzacji i zawłaszczenia państwa. Żadna zapowiadana przez PiS reforma państwa nie będzie możliwa, jeśli nie dojdzie do jego ponownej nacjonalizacji i przywrócenia obywatelom. W takim odzyskanym i zrenacjonalizowanym państwie uroczysty państwowy pogrzeb Wojciecha Jaruzelskiego i skromniejszy zapewne Czesława Kiszczaka na Powązkach byłyby po prostu niemożliwe.