Komitet Wyborczy Jarosława Gugały. Wygłaszał swoje kwestie niemal jako wykład akademicki...

YT
YT

Felieton ukazał się w serwisie sdp.pl.

Jak pamiętamy, wielu publicystów i komentatorów centro-prawicowych oraz setki internatów obawiało się, że trójka dziennikarzy, których przeforsowały ich rodzime stacje telewizyjne, mających prowadzić debatę Kopacz – Szydło, nie daje żadnych gwarancji, iż debata będzie przebiegać spokojnie, a pytania nie będą faworyzowały Ewy Kopacz.

Mówiono wprost o zagrożeniu standardów obiektywizmu i bezstronności prowadzących. Debata, na szczęście, obawy te całkowicie rozwiała. Być może, ale to tylko hipoteza, wpływ na dobry, normalny przebieg debaty, miał fakt zastąpienia Jarosława Gugały przez Dorotę Gawryluk. W każdym razie, cała trójka, Dorota Gawryluk z Polsatu, Justyna Pochanke z TVN oraz Piotr Kraśko, reprezentujący TVP, nie dała najmniejszych choćby podstaw do kwestionowania ich rzeczowości i bezstronności. Nie doszukałem się ani jednego pytania, które udałoby się zakwalifikować jako specjalne „pod Ewę Kopacz”, dające szanse zyskania przez premier przewagi nad konkurentką, albo jako specjalnie „przeciwko Beacie Szydło”, mające w zamierzeniu pogrążyć Beatę Szydło lub podważyć jej kompetencje. Mówiąc serio, sam byłem bardzo mile zaskoczony zarówno postawą Piotra Kraśko jak i Justyny Pochanke. I naprawdę im gratuluję. Nie robię ukłonu wobec Doroty Gawryluk, bo kiedy zobaczyłem ją zamiast Gugały, nie miałem wątpliwości, że do niej nie będzie zastrzeżeń.

Jakże odmienna była debata następnego wieczoru, przeprowadza w studio TVP, z udziałem wszystkich liderów zarejestrowanych komitetów wyborczych. W myśl przysłowia „Co się odwlecze, to nie uciecze”, potwierdziły się złe przeczucia, jeśli idzie o Jarosława Gugałę. Z niezrozumiałych powodów, niemal każde swoje pytanie poprzedzał, biorąc pod uwagę ostre ograniczenia czasowe narzucone wszystkim uczestnikom debaty, długim, wstępem. Nie wiadomo, o co mu chodziło. Czy chciał uzasadnić potrzebę takiego pytania, czy też usprawiedliwić się przed kandydatami na potencjalnych szefów przyszłego rządu czy telewidzami, że właśnie takie wybrał. A ponieważ jeszcze wygłaszał te swoje kwestie niemal jako wykład akademicki, sprawiał wrażenie jakby pouczał kompletnych ignorantów. Robił to, jestem przekonany, z nadgorliwości, a nie ze złośliwości. Albo żeby któremuś z kandydatów pomóc, a innemu zaszkodzić. Nic z tych rzeczy. Wydawało mu się, że poprzedzające pytanie wyjaśnienie jest czymś dobrym, a wyszło akurat odwrotnie.

Pozostała dwójka dziennikarzy – Diana Rudnik z TVP i Grzegorz Kajdanowicz z TVN po niezłym początku pogubili się w pytaniach, które były nie na tę debatę. W tej rozmowie chodziło o rzeczy ważne i ogólne, wypowiedzi raczej hasłowe niż szczegółowe odpowiedzi z detalami. Pytania te miast ułatwiać odpowiedzi, raczej utrudniały. Doprowadziło to do pierwszych koalicji zawartych między debatującymi. Powstały one spontanicznie przeciwko kompletnie nietrafionym pytaniom zadawanym głównie przez Rudnik.

Jeśli idzie o Jarosława Gugałę, dopełnieniem dla niego był piątkowy wieczór przed ciszą wyborczą. Z przedstawicielami wszystkich komitetów (liderzy w tym czasie odbywali ostatnie spotkania z wyborcami) prowadził debatę sam w swojej macierzystej telewizji. Prowadził, moderował, to zbyt skromne słowa. Był pełnoprawnym uczestnikiem gorących dyskusji między uczestnikami. Niezbyt się z tym krygował, mówiąc niemal wprost: - Po to tu jestem, żeby prostować nieprawdziwe rzeczy, jakie ktoś wygłasza. Ten rodzaj zachowania prowadzącego został doceniony przez telewidzów już podczas poprzedniej debaty. A jego autor uhonorowany określeniem „Komitet Wyborczy Jarosława Gugały”. Przypisano mu też numer startowy - O.

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...