Kim jest Zbigniew Stonoga, najłatwiej zrozumieć przez pryzmat powieści „Paragraf 22”: „Nie musisz latać (na akcje bombardowania), jeśli jesteś szalony, ale nie chcąc latać dowodzisz, że nie jesteś szalony, bo tylko wariat może chcieć brać udział w niebezpiecznych akcjach”. Ta krótka wykładnia słynnego „Paragrafu 22” z powieści Josepha Hellera jak ulał pasuje do opisu „celebryty” mieniącego się dziś antysystemowcem. Kiedy ktoś w odniesieniu do Zbigniewa Stonogi posługuje się racjonalnymi, rzeczowymi argumentami, wkracza tajna broń, właśnie w postaci paragrafu 22, w którym rządziła żelazna zasada: kiedy niemal wszystkie zachowania są patologiczne, kluczem do ich zrozumienia jest absurd. Tę logikę widzę jasno w odniesieniu do nienormalności, którą ubiera się w szaty normalności. Tylko w kontekście logiki z „Paragrafu 22” można uwierzyć, że Zbigniew Stonoga jest antysystemowym działaczem walczącym z systemem, przy jednoczesnej świadomości, że coraz trudniej znaleźć w Polsce dziennikarza, który zwalcza patologię III RP, a który nie zostałby przez Zbigniewa Stonogę zaatakowany, sponiewierany i zwyzywany. Przemek Wojciechowski, Witek Gadowski, Michał Rachoń, Stanisław Michalkiewicz, Jerzy Targalski, czy Dorota Kania - to tylko wybiórcze przykłady osób, na których „celebryta” zachowujący się jak łobuz, kreujący się dziś na antysystemowca, nie zostawił suchej nitki wyzywając ich od najgorszych, bądź określając mianem agentów tajnych służb. (Ostatnio dostało się także politykom, m.in. prezydentowi Andrzejowi Dudzie czy Jarosławowi Kaczyńskiemu, który według Stonogi jest ostatnim sk…). W związku z takimi wypowiedziami Stonoga ma już kilka procesów wytaczanych przez dziennikarzy - i będzie miał kolejny, bo niniejszym informuję, że także ja wytoczę „antysystemowemu działaczowi” proces, w związku ze zniesławieniem, którego dopuścił się nazywając mnie agentem kontrwywiadu. (vide wypowiedź Stonogi poniżej).

Stonoga atakuje mnie już od pewnego czasu, a teraz obwieścił światu, że czuje się pokrzywdzony moimi wypowiedziami i wytacza mi pozew w trybie wyborczym. Co, zdaniem Stonogi, jest kłamstwem w moich wypowiedziach?

W Internecie mówi o trzech sprawach, o których opowiedziałem przed kilku dniami na spotkaniach autorskich w Stalowej Woli i Kielcach, dotyczących książki pt. „Czego nie powie Masa o polskiej mafii”. Pierwsza z nich odnosi się do historii, o której opowiadałem na rzeczonych spotkaniach, a którą opisałem w rzeczonej książce.

Oto ten fragment:

Początkowo było ich dwóch – były wiceprezes wielkiego państwowego koncernu naftowego i prywatny przedsiębiorca, właściciel autokomisu. Po kilku miesiącach ujawnił się też trzeci, w randze ministra. Pojawili się nagle, nie wiadomo skąd, i mieli odpowiedź na wszystkie pytania – wprost zarzucili rynek newsami z najwyższej półki. Dostarczali je naprzemiennie dziennikarzom śledczym i newsowym: mnie i Leszkowi Misiakowi, z którym w tamtym czasie pracowałem w „Życiu”, Witkowi Gadowskiemu i Przemkowi Wojciechowskiemu z „Superwizjera” TVN, Mariuszowi Gierszewskiemu z „Radio Zet”, także kilku innym. W trakcie ponadrocznej współpracy nie przekazali nam ani jednej fałszywej informacji i nie podali żadnego faktu, który nie zna-lazłby potwierdzenia w dokumentach, nagraniach bądź zdjęciach. Stanowili klasę samą dla siebie.

Każdy głupi może zdobyć informację taką czy inną, ale zweryfikować ją i potwierdzić dowodami – to już wyższa szkoła jazdy. Byli świetnie obeznani z archiwami, powiązaniami, sprawami gospodarczymi, przede wszystkim jednak potrafili perfekcyjnie zbierać informacje o każdym, kogo wzięli za cel. Jeżeli tylko istniały jakieś brudy, odnajdywali je z precyzją strzałów Leo Messiego. Przez długi czas nikt nie wiedział, na czym polega ich tajemnica. Wiadomo było jedynie, że jeśli już cos mają, to jest to strzał w dziesiątkę. W tamtym czasie nie zabiegałem specjalnie o newsy, skupiałem się raczej na spokojnym prowadzeniu dziennikarskiego śledztwa, dotyczącego nieznanych okoliczności śmierci księdza Jerzego Popiełuszki, najgłośniejszej i zarazem najbardziej tajemniczej zbrodni PRL. Ale poza tym nie szukałem dużych spraw, bo wciąż jeszcze miałem świeżo w pamięci rozgrywkę z aktami Masy.

Co innego jednak poszukiwać interesujących spraw i zabiegać o nie, a co innego, kiedy takie sprawy same trafiają w ręce, a tak – w pewnym sensie – było w tym wypadku. Tercet superinformatorów dbał, by mnie, i kilku kolegom z branży, nie brakowało zajęcia. Wszystkie informacje rzecz jasna we-ryfikowaliśmy, ale po pewnym czasie zorientowaliśmy się, że – mówiąc potocznie – tu nie ma lipy, nikt nikogo nie „wpuszcza w kanał” i wszystko jest, jak być powinno. W efekcie publikacja zaczęła gonić publikację, a jedne materiały były ciekawsze od drugich.

Kulminacja nastąpiła w drugiej połowie grudnia 2004 roku, gdy wraz z Leszkiem Misiakiem otrzymaliśmy i opublikowaliśmy arcyciekawe zdjęcia, opatrzone oczywiście odpowiednim tekstem. Zdjęcia wykonano w warszawskim Hotelu Holiday Inn i widniała na nich bez wątpienia Jolanta Kwaśniewska, żona urzędującego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, w towarzystwie trzech „bohaterów”: Aleksandra Żagla, Andrzeja Kuny – przyjaciela rosyjskiego szpiega Władimira Ałganowa – oraz Edwarda Mazura, poszukiwanego wówczas w związku z zabójstwem komendanta głównego policji, generała Marka Papały. Zdjęcia wskazywały jednoznacznie, że całe towarzystwo zna się doskonale i pozostaje ze sobą w dużej zażyłości. Do współpracy przy tak ważnej historii zaprosiliśmy Witka Gadowskiego i Przemka Wojciechowskiego z „Superwizjera”, którzy w TVN pracowali na specjalnych warunkach i mieli zagwarantowaną niezależność.

Okazało się jednak, że niezależność kończy się tam, gdzie zaczynają interesy prezydenta Kwaśniewskiego i jego małżonki – zwłaszcza że ta ostatnia miała przed Bożym Narodzeniem czytać w TVN, razem z Bożeną Walter, bajki dzieciom – w tej sytuacji materiał zaproponowany przez Witka i Przemka uznano za poważne faux pas. Koniec końców ujawniliśmy zdjęcia i tekst samodzielnie, w dzienniku „Życie”. Publikacja wywołała burzę, stała się tema-tem miesiąca i ściągnęła na głowy prezydenckiej pary ocean krytyki. Przy okazji jednak okazała się naszym pyrrusowym zwycięstwem, bo w trzy miesiące później „Życie” – odcięte nagle od reklamo-dawców – zostało wykończone i zakończyło, nomen omen, życie… Niedługo później „zaginął w akcji” także tercet naszych superinformatorów, którzy zniknęli tak nagle, jak się pojawili.

Przez pewien czas nikt nie wiedział, co się stało. Tajemnicze zniknięcie było o tyle zaskakujące, że informatorzy ci wspierali swoją wiedzą nie tylko dziennikarzy, ale także niektórych, słynących z dociekliwości, polityków, m.in. Zbigniewa Wassermanna, i nagle wszelki słuch o nich zaginął. Sprawdzano różne hipotezy, ale po weryfikacji wszystkie okazywały się błędne. I gdy już wszyscy na rynku dziennikarskim stracili nadzieję na wyjaśnienie za-gadki i nieomal zdążyli zapomnieć o tajemniczych informatorach, nagle, niczym grom z jasnego nieba, pojawiła się informacja, że nasza „wspaniała trójka” rozprowadzała dziennikarzy i polityków prawicy na zlecenie… generała Marka Dukaczewskiego.

Okazało się, że jeden z naszych informatorów, wiceprezes dużego państwowego koncernu, pozostawał w takim stopniu zażyłości z szefem WSI, że ten ostatni został ojcem chrzestnym jego dziecka – chrzest odbył się w jednej z podwarszawskich parafii.

W jakim celu przez tak długi okres czasu nasi informatorzy, którzy operowali wyłącznie prawdziwy-mi informacjami, w dodatku bijącymi wyłącznie w środowisko lewicy, czyli bliskie WSI, prowadzili tak misterną grę – odpowiedzi na to pytanie nie uzyskałem nigdy. Nie ulegało dla mnie wątpliwości, że toczyła się jakaś misterna i skomplikowana – być może niedokończona lub z jakichś względów poniechana – gra, do zrozumienia której nawet się nie zbliżyłem. Zwyczajnie: to nie była moja liga, a grający w tej grze główne role prześcigali mnie o kilka klas.

Zapamiętałem jednak tę lekcję, w myśl słusznej zasady: jeśli coś tracisz, nie trać tej lekcji. Lekcja ta – o czym rzecz jasna nie mogłem wówczas wiedzieć – przydała mi się wiele lat później, gdy na rynku dziennikarskim pojawił się kolejny „walczący z systemem pseudomesjasz”, zaopatrzony w autentyczne dokumenty z autentycznych spraw, który szybko zaczął zyskiwać poklask wielu osób – mojego jednak nie zyskał.

Zbigniew Stonoga zapewnia, że to nie był jednym z trzech informatorów, o których tu piszę, bo w roku 2004 i 2005 przebywał w więzieniu, a zatem ja - rzekomo - kłamię. Jakim cudem Stonoga w gronie owych trzech informatorów odnalazł siebie? – pozostanie słodką tajemnicą pana Zbigniewa. Być może Stonoga ma nie tylko duże trudności z wypowiedziami w języku polskim (zazwyczaj na pięć słów używa sześciu wulgaryzmów), ale także nie mniejsze trudności z tzw. czytaniem ze zrozumieniem, a być może zadziałał tu mechanizm „uderz w stół, a nożyce się odezwą”. Niewykluczone też, że pan Zbigniew wie o sobie coś, czego nie wiem ja i dlatego ten fragment odniósł do siebie – tak czy inaczej prezentowanym tu argumentem o moje kłamstwo „człowiek o stu nogach” skrajnie się ośmieszył.

W kolejnym punkcie Stonoga twierdzi, że był lojalny wobec Andrzeja Leppera. Niestety dla niego, moja wiedza w tej kwestii jest zupełnie inna i potrafię tę wiedzę udowodnić. I ostatni argument na moje rzekomo kłamstwo prezentowany przez „celebrytę”, który w rzeczywistości sam okazuje się kłamcą i manipulatorem. Stonoga twierdzi, że Grzegorz Braun powiedział mu, iż rzekomo miałem mu się przyznać, że w swoich książkach kłamię na temat Zbigniewa Stonogi, bo dzięki temu moje książki dobrze się sprzedają, innymi słowy, że - jak to określono - „robię biznes na Stonodze”. W tym miejscu tylko wspomnę o „drobnym” fakcie, a mianowicie o tym, że w żadnej z moich dotychczasowych sześciu książek nie ma ani jednego słowa o Zbigniewie Stonodze i ani razu w żadnej z nich nie pada jego nazwisko, ani nie jest przywołana jego osoba (wspominam o nim dopiero, i to też marginalnie, w książce pt. „Czego nie powie „Masa” o polskiej mafii” wydanej w październiku br., a przecież moje ostatnie spotkanie z Grzegorzem Braunem miało miejsce na początku sierpnia - jak więc na czas rozmowy z Grzegorzem Braunem miałem „robić biznes” pisaniem o Stonodze, skoro w rzeczywistości nie napisałem o nim nigdy ani jednego słowa?), ale w tym miejscu dodam rzecz istotniejszą: niniejszym informuję, że w dniu dzisiejszym, natychmiast po obejrzeniu oskarżycielskiej zapowiedzi Stonogi, wykonałem telefon do Grzegorza Brauna i zapytałem go, czy to co mówi Stonoga, a co tu opisałem, jest prawdą? Grzegorz Braun początkowo zaniemówił – bo najzwyczajniej w świecie zatkało go (pan Stonoga ma ten „dar”, ze jego „rewelacje” potrafią odbierać ludziom mowę) - a następnie zapewnił, że nigdy nic podobnego nikomu o mnie nie mówił i nie mógł mówić, bo to piramidalna bzdura, i że jeżeli Stonoga twierdzi inaczej, to oznacza to tylko jedno: że Zbigniew Stonoga jest kłamcą. Jednocześnie – sam z siebie, bo nawet nie zdążyłem o to poprosić – Grzegorz Braun zadeklarował wolę wystąpienia w roli mojego świadka podczas procesu ze Stonogą. Dodał, że chętnie opowie sądowi, jakim kłamcą jest Zbigniew Stonoga.

Reasumując: nie wiem, czy Zbigniewowi Stonodze, działaczowi kreującemu się na antysystemowego chodzi o podjęcie próby odebrania mi wiarygodności i utrudnienia tym samym dystrybucji mojej najnowszej książki – która właśnie mocno w system uderza - czy też o rozgłos, którego Stonoga wyraźnie szuka, ale tak czy inaczej popieram pomysł Zbigniewa Stonogi, byśmy spotkali się w sądzie, bo jest to jedyne miejsce, w którym bez utraty szacunku dla samego siebie, mogę się z tym człowiekiem spotkać. To będzie ważne „spotkanie”, bo w moim przekonaniu Zbigniew Stonoga jest dowodem na to, że przy absurdach, które gotują nam w III RP, bledną nawet pomysły jednego z bohaterów przywołanego na wstępie „Paragrafu 22” Josepha Hellera, w której to powieści niejaki Major Major miał zasadę, że przyjmował petentów wtedy, gdy go nie było, a nie przyjmował wtedy, gdy był obecny. I wszystko to byłoby naprawdę śmieszne, gdyby przede wszystkim nie było straszne i nie dotyczyło spraw naprawdę bardzo ważnych. Bo to, że kreacja Zbigniewa Stonogi na antysystemowca, to element szerszej rozgrywki, jest dla mnie – nawiązując do słów klasyka – „oczywistą oczywistością”. Ciąg dalszy tej rozgrywki z całą pewnością nastąpi – i to szybciej niż później.