Wiedeńczycy żyją dziś w stresie, poszukują w lekarskich księgach znaczenia słowa dyzenteria, ponieważ od dawna nie było ono w użyciu. Tymczasem największa sportowa hala Wiednia, słynny obiekt Ferry Dusika Hallenstadion, nazwany tak od nazwiska słynnego austriackiego kolarza, wypełniona ostatnio przez imigrantów szukających swego miejsca w bogatej Europie, została otoczona sanitarnym kordonem, ponieważ przybysze przywieźli z sobą dyzenterię, czyli czerwonkę. W Wiedniu popłoch jest nielichy, i jeśli nawet nie jest na ulicach widoczny, to w domach i podczas spotkań towarzyskich temat tej zakaźnej choroby poruszany jest powszechnie. Towarzyszy tym rozważaniom strach, ponieważ bakterie i wirusy ( choroba ta może mieć podłoże zarówno wirusowe, jak i bakteryjne) przenoszą się z łatwością.

Wiedeńczycy mieszkający w pobliżu sportowej hali narażeni są najbardziej na ryzyko. Zmuszeni są do znoszenia mocnego, nieprzyjemnego zapachu środków dezynfekujących i taka sytuacja trwać będzie aż do całkowitego opanowania masowej już choroby. Przypadki czerwonki zanotowano także w miejscu zakwaterowania wielu imigrantów w innej dzielnicy Wiednia – w Simmeringu. Tam zastosowano podobne środki zwalczające zarazę, ale nikt nie ma żadnej pewności, czy dyzenteria nie ruszyła także w inne strony miasta, albo pojawi się w nich wkrótce.

To także wynik beztroskiego zaproszenia przybyszów z Syrii i innych państw, ogłoszonego przez Angelę Merkel. Skoro wielu z nich nie może udowodnić swego miejsca zamieszkania, a często także personaliów, stwierdzenie ich stanu zdrowia, przebytych, bądź nabytych w czasie podróży chorób nie jest w ogóle możliwe. To taka wstępna, ale daj Boże jedyna, lekcja wychowawczo – sanitarna, związana z pochodem, na który nikt nie jest przygotowany i który może przynieść nieprzewidziane skutki.