To referendum było ewenementem także w tym sensie, że jego niepoważność od samego początku widzieli wszyscy, a jego porażkę wszyscy przewidzieli.

Dosłownie wszyscy, nie było człowieka o zdrowych zmysłach, który by wątpił w beznadziejność i bezsiłę tego aktu. Nawet formalnie zdeklarowani zwolennicy referendum Komorowskiego nie spodziewali się po nim niczego dobrego. Ten fakt odzwierciedla również skalę miernoty, której wykwit zapisał się wczoraj na zawsze w kronikach głupoty politycznej w Polsce.

Dzisiaj dużo się mówi o panice prezydenta Komorowskiego, która zaćmiła mu umysł po przegranej pierwszej turze wyborów. Do tego stopnia, że w nocy wymyślił trzy pytania, z których jedno było niekonstytucyjne, drugie głupie, trzecie okazało się nieaktualne. I z tym wszystkim on bladym świtem poleciał do mediów, żeby odwojować elektorat buntu i zmiany od Andrzeja Dudy i Pawła Kukiza. Zapominamy tylko, że to nie był wykwit jedynie jego głupoty, gdyż okazała się ona powszechna w jego otoczeniu.

Przecież Komorowski miał na swoje usługi zaplecze polityczne, doradców, także sztab wyborczy, całą partię rządzącą wreszcie. Proszę sobie teraz wyobrazić, że oni uwierzyli, iż ten ich zgrzebny kandydat, który potykał się w każdej spontanicznej wypowiedzi; któremu na każdym kroku towarzyszyła specjalna suflerka; który kolekcję handshake`ów z możnymi tego świata traktował jako swój największy sukces – że ten mentalny gajowy (nie ujmując niczego leśnikom) może przeciągnąć na swoją stronę zbuntowane młode pokolenie, zwolenników zmiany systemu władzy w naszym kraju.

To nie do wiary, ale ci wszyscy mędrcy od siedmiu boleści z zaplecza Komorowskiego musieli w to wierzyć, skoro tak mu poradzili. Senatorowie PO skwapliwie i bezrefleksyjnie (Senat - izba refleksji, ha, ha, ha!) przyklepali tę bzdurę na nadzwyczajnym posiedzeniu, aż nogami przebierali, żeby się Gajowemu przypodobać. Dzisiaj marszałek Bogdan Borusewicz publicznie odżegnuje się od referendum Komorowskiego, lecz gdy był czas na sprzeciw, to zamiast się sprzeciwić, dał pokaz wazeliniarstwa. Pokazał zero odpowiedzialności i samodzielności politycznej. Tej ostatniej ubywało mu w miarę przybierania  na wadze. Teraz wygląda i zachowuje się niczym powiatowy sekretarz PZPR ds. skupu płodów rolnych.

Owszem, można tę głupotę tłumaczyć paniką przed utratą władzy, ale wtedy natychmiast pojawia się zasadnicze pytanie: A co w takim razie by się działo, gdyby Polsce - już nie hipotetycznie, lecz faktycznie - zagroził nie wróg wewnętrzny w postaci siermiężnej głupoty władzy, lecz wróg zewnętrzny, jakiś Putin, czy inny terrorysta? Jak oni by się wtedy zachowali, te wszystkie Bronki, Radki i Donki? Pamiętając o proporcjach zagrożenia, można się spodziewać, że całymi dniami nie wychodziliby z toalety.

Komorowski odchodzi w niebyt, do annałów politologii, na jego kosmicznych błędach i kompromitacjach uczyć będą się studenci. To jakiś pożytek jednak, sprawdza się porzekadło, że nie ma takiego złego, żeby chociaż odrobinę na dobre nie wyszło. Referendum było ostatnim, spóźnionym akordem smuty, jakim był polityczny notariat – bo przecież nie prezydentura – Komorowskiego.

Jest też inne powiedzenie, które niesie pewną nadzieję - miłosierdzie boskie i głupota ludzka nie mają granic. Trzeba mieć nadzieję, że dobry Pan Bóg potwierdzi tę prawdę i zmiłuje się nad nami Polakami, żeśmy wybrali takich hebesów do rządzenia. Oczywiście pod warunkiem, że wyrazimy żal za owe grzechy, okażemy skruchę i obiecamy poprawę. Pan Bóg zatem sprawdzi szczerość naszych intencji już 25 października i zdecyduje, co z nami zrobić – pokarać czy ułaskawić.