Zachowanie Poroszenki to nauczka, dana za jego pośrednictwem prezydentowi Polski przez Angelę Merkel

Fot. PAP/Jacek Turczyk;PAP/EPA
Fot. PAP/Jacek Turczyk;PAP/EPA

Warto zastanowić się nad przyczynami zawirowania, związanego z niepodchwyceniem przez prezydenta Ukrainy inicjatywy Andrzeja Dudy zmiany formatu rozmów o kryzysie donbaskim.

Pierwsza z nich – to chyba wiara w prostolinijność partnerów. Bo ewidentnie Petro Poroszenko powiedział telefonicznie Andrzejowi Dudzie coś, z czego się potem publicznie wycofał. To coś zdążyło jednak odegrać poważną rolę w publicznych deklaracjach polskiego prezydenta.

Do tego stopnia można ufać partnerowi bardzo bliskiemu, wielokrotnie sprawdzonemu i w dodatku takiemu, którego interesy w bardzo wielkim stopniu pokrywają się z polskimi. Ukraina i Petro Poroszenko nie spełniają żadnego z tych kryteriów. Również trzeciego. Bo wprawdzie na odcinku rosyjskim interesy Warszawy i Kijowa są zbieżne, ale na niemieckim – już zdecydowanie nie; dla Ukrainy jedyną szansą i nadzieją jest wzrost roli Berlina w przestrzeni wschodnioeuropejskiej. To nie jest zarzut w stosunku do Poroszenki i jego ekipy. To jest konstatacja faktów. Interpretacja, w myśl której zachowanie Poroszenki to nauczka, dana za jego pośrednictwem prezydentowi Polski przez Angelę Merkel (żeby nie próbował mierzyć zbyt wysoko) wydaje się niestety logiczna.

Dochodzi do tego jeszcze jeden element. O ile na nie potwierdzonych na piśmie czy przynajmniej w toku oficjalnych rozmów słowach jakiegokolwiek partnera nie należy opierać się bez strachu, że będzie się zdezawuowanym, o tyle w strefie wschodniej (nie chodzi tu wyłącznie o Ukrainę) nie wolno tego robić już absolutnie. Tam zmiany linii, poglądów, koncepcji, frontów są czymś zwykłym i następują błyskawicznie. Tam jeszcze bardziej, niż gdzie indziej liczy się (i to nie zawsze) tylko to, co zapisane i podpisane. Z tej specyfiki regionalnej też trzeba sobie zdawać sprawę.

Wreszcie – warto pamiętać, że rzeczywistość nie zawsze jest tak jednoznaczna, jak by się chciało. A zwłaszcza – jak chcieliby najwięksi radykałowie. W tym konkretnym przypadku oznacza to, że nie jest tak, iż wszystkie porażki, jakie ostatnimi czasy Polska poniosła na wschodnim odcinku, są efektem li tylko zaniechań Platformy, jej braku woli i przesadnej układności wobec wielkich tego świata. Te wszystkie czynniki były i realne, i szkodliwe. Ale też nie jest tak, że samym własnym zdecydowaniem i natężeniem woli nadrobi się obiektywną różnicę potencjałów między Polską a Niemcami czy innymi wielkimi graczami. I nie jest też tak, żeby na Wschodzie wszyscy, którzy nie są agentami Kremla, czekali z utęsknieniem, aż Warszawa wreszcie da bojowy sygnał kawaleryjską trąbką.

Powyższe napisałem z wahaniem. Bo istnieje znacznie gorsza polska choroba, niż zbytnia wiara we własną sprawczość. Polega ona na całkowitym negowaniu tejże sprawczości. „Przecież wiesz, że nic nie możemy”. „Że się w ogóle nie liczymy”. Itd., itp. To znacznie bardziej rozpowszechniony i znacznie bardziej szkodliwy mankament polskiego myślenia, owocujący całkowitym wyzbywaniem się własnej podmiotowości, przyjmowaniem postawy satelickiej i kształtowaniem satelickiej mentalności. Trochę boję się, czy to co piszę nie może posłużyć jako alibi dla nosicieli tej – powtarzam, znacznie gorszej – choroby.

Ale między totalną impotencją a wiarą, że zawsze „chcieć – to móc” jest jednak spora przestrzeń. I szkoda byłaby, gdyby twórcy polskiej polityki uznali, że mają do wyboru wyłącznie te skrajności.

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...