Odpowiednicy Ewy Kopacz z zagranicy muszą się czuć co najmniej dziwnie prowadząc z nią rozmowy i właściwie nic nie rozumiejąc z tego, co słyszą.

Wydawało mi się to niemożliwe, a jednak taka musi być prawda. Choć jest to wyjątkowo ekscentryczne. Otóż jest właściwie pewne, że Ewa Kopacz kompletnie nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo stanowisko premiera ją przerasta. Wie to oczywiście wielu ważnych ludzi w Platformie Obywatelskiej, z Grzegorzem Schetyną na czele. Wiedzą o tym także niektórzy doradcy. No, może z wyjątkiem Cezarego Tomczyka, ale on nie zdaje sobie sprawy nawet z tego, jak bardzo funkcja rzecznika rządu go przerasta. Wie na pewno sekretarz stanu w KPRM Michał Kamiński, ale on akurat jest od tego, żeby upewniać Ewę Kopacz, iż jest ona na swoim miejscu. Tym bardziej upewniać, im bardziej rzeczywisty stan temu przeczy. Efekt jest taki, że Ewa Kopacz przykrawa funkcję szefa rządu dużego i ważnego europejskiego państwa do swoich wyobrażeń o niej i do wiary w siebie.

Następczyni Donalda Tuska wydaje się, że powinna robić różne dziwne rzeczy, bo to się mieści w puli zachowań premiera, a nawet jest kanonem takich zachowań. W konfrontacji z rzeczywistością wychodzi cała umowność, teatralność i ograniczenia tej koncepcji. Stąd zagubienie podczas ważnych uroczystości, np. w czasie wizyty u kanclerz Merkel w Berlinie czy 15 sierpnia w Warszawie, w czasie święta Wojska Polskiego. I stąd to zagubienie ma egzystencjalny, a poniekąd tragiczny rys. Stąd bardzo specyficzny sposób rozmawiania z rodakami w pociągu, na peronie, nad kotletem bądź w osiedlowym sklepie. Stąd zafiksowanie na ciąganiu po Polsce Rady Ministrów, razem z meblami i innym wyposażeniem. Stąd szczere poczucie krzywdy, że ona tak bardzo się stara, a ktoś to wyśmiewa bądź krytykuje. Ewa Kopacz rzeczywiście ma łzy w oczach i głos jej się łamie, gdy mówi o niewdzięczności tych, którzy jej sposobu sprawowania funkcji premiera oraz jej peregrynacji po Polsce nie akceptują.

Zdziwienie Ewy Kopacz reakcjami na jej praktykę bycia premierem wydaje się szczere, a jej zatroskanie autentyczne. Każdy jako dziecko przeżył taki moment, gdy nie rozumiał różnych poczynań dorosłych i stawał z szeroko otwartymi oczami, bliski płaczu, bo czuł, że dzieje się coś, czego nie rozumie i co odbiera jako krzywdę bądź zagrożenie. Tak właśnie zachowuje się Ewa Kopacz i nawet jej reakcje są podobne, choć dzieckiem od dawna nie jest. Dorośli są w takiej sytuacji zakłopotani, bo nie wiedzą, co zrobić, żeby nie pogłębić przestrachu i poczucia krzywdy, żeby im dziecko nie wybuchło spazmatycznym szlochem. Byłoby to nawet na swój sposób urocze, gdyby nie jedno małe „ale”. Nie mamy do czynienia z przedszkolem czy dramatami cztero-, sześcio-, a nawet dwunastolatków, lecz z rządzeniem i najważniejszą w państwie funkcją, jeśli chodzi o praktyczną realizację władzy wykonawczej. Owszem, byłby to wdzięczny temat do przejmujących małych dramatów w rodzaju świetnych filmów „dziecięcych” Janusza Nasfetera, takich jak „Kolorowe pończochy”, „Abel, twój brat”, „Motyle” czy „Ten okrutny, nikczemny chłopak”, ale przecież nie o to chodzi.

Po raz pierwszy w polskiej polityce po 1989 r. mamy do czynienia z obsadzeniem funkcji premiera przez osobę, która nie rozumie i nie uprawia polityki w kategoriach charakterystycznych i zrozumiałych dla tej dziedziny. Odpowiednicy Ewy Kopacz z zagranicy muszą się czuć co najmniej dziwnie prowadząc z nią rozmowy. Dla zewnętrznych obserwatorów to jest tylko ekscentryczne lub dziwaczne, lecz dla prezydentów, premierów bądź szefów MSZ musi być szokujące. Po pierwsze, nie bardzo rozumieją, o czym mowa, gdy nie używa się tych samych pojęć. Po drugie, muszą się zastanawiać, co się za tym wszystkim kryje, bo raczej nie podejrzewają, że mają do czynienia z polskim premierem „z kosmosu”. Po trzecie, w gronie ekspertów muszą dociekać, jak traktować Polskę, jeśli od jej premiera nie mogą się niczego dowiedzieć wprost, lecz w postaci jakichś dziwacznych alegorii, metafor czy choćby niezrozumiałych porównań. W każdym razie komunikat płynie z Polski taki, że coś u nas wyraźnie nie gra i nie bardzo wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi. Każdy z nas toczył w życiu takie rozmowy, gdy kompletnie nie mógł wyczuć rozmówcy, bujającego w innym świecie i posługującego się własnym, nieprzenikliwym systemem pojęć. Wtedy raczej staramy się zachować uprzejmość, ale powstaje dojmujące wrażenie, że jesteśmy świadkami jakiegoś „odlotu”.

Z Ewą Kopacz problem jest o tyle złożony, że co najmniej od 2005 r. jest ona przekonana, iż funkcjonuje w tym samym świecie, co klasyczni politycy. Jej awanse w roku 2011 oraz w 2014 r. upewniły ją w tym, że ewoluuje wraz z systemem, w którym jest ważnym ogniwem. Czuje się więc absolutnie na swoim miejscu, choć nikt ze znaczących postaci w PO poza Donaldem Tuskiem nie wpadłby na tak szatański pomysł, żeby uczynić ją najpierw marszałkiem Sejmu, a potem szefem rządu. Jakikolwiek uwagi krytyczne bądź uszczypliwości Ewa Kopacz bierze za zawiść z powodu jej formalnie błyskotliwej kariery. To sprawia, że żyje w nierzeczywistości, której jedynym punktem odniesienia jest wola czy też kaprysy i fanaberie Donalda Tuska. I to dlatego odbiera jako realną krzywdę te głosy (także w PO), które fenomen Ewy Kopacz i jej premierostwa próbują racjonalnie analizować. Ewa Kopacz rzeczywiście czuje się niesprawiedliwie traktowana i prawdziwie jest bliska płaczu, gdy widzi różne nieprzychylne reakcje na to, co robi. Bo we własnym mniemaniu wszystko robi dobrze, bardzo się stara i jest pełna dobrej woli. Problemem jest to, że to rodzaj teatru.

Otoczenie Ewy Kopacz odgrywa dla niej takie przedstawienie jak bohater niemieckiego filmu „Good bye, Lenin!” dla swej matki. Zapadła ona w śpiączkę jako działaczka komunistyczna w NRD, a obudziła, gdy NRD już nie istniała. I syn oraz jego koledzy i znajomi utrzymywali dla niej iluzję NRD. Otoczenie Ewy Kopacz utrzymuje dla niej iluzję świata i polityki, które są dla niej zrozumiałe. Tym właśnie są przecież m.in. podróże pociągiem po Polsce. A wszystko co racjonalne i krytyczne, a co przychodzi z zewnątrz jest przedstawiane jako bezpardonowa walka polityczna bądź zwykła zawiść. Jest zatem nawet gorzej niż w wypadku Trumana Burbanka, bohatera filmu Petera Weira „Truman Show”. Był on nieświadomy, że uczestniczy w telewizyjnym widowisku imitującym życie, bo to przedstawienie zaczęło się wraz z jego urodzeniem. Ale w końcu odkrył prawdę. Ewa Kopacz i jej otoczenie utrzymują, że jedyną prawdą jest iluzja, w której potrafi się ona poruszać. Gdyby chodziło o sztukę , np. przemyślny performance czy o jakiś eksperyment psychologiczny, byłoby to bardzo interesujące i intrygujące. Ale tu chodzi o realny świat i realne problemy. Dlatego eksperyment pod nazwą „premierostwo Ewy Kopacz” jest tak przerażający. I dlatego czujemy się bezradni oraz zawstydzeni, gdy widzimy reakcje pani premier, bo one wyglądają na w pełni szczere.

CZYTAJ TAKŻE: Przemysł pogardy znowu atakuje. „wSieci” ujawnia, jak Platforma i jej media chcą dopaść Andrzeja Dudę. Od poniedziałku w kioskach!