Wybory prezydenckie uświadomiły politykom faktyczne możliwości sieci. Media społecznościowe, blogosfera, portale internetowe z dnia na dzień urosły do rangi mediów, które mogą rozstrzygnąć o wyniku wyborów.

Ponad 50 tys. osób śledzących na żywo 25 minutową wypowiedź Andrzeja Dudy na jego profilu na Facebooku, ponad półmilionowa widownia, która zapoznała się do tej pory z jej treścią, dziesiątki tysięcy internautów śledzących inne wypowiedzi nowego prezydenta w różnych mediach społecznościowych – te dane mówią same za siebie. Polski Internet wszedł do politycznej pierwszej ligi.

ZOBACZ TAKŻE: Prezydent Duda do internautów: „Jeżeli prezydent jest wybierany przez naród, to musi ten naród szanować, niezależnie od poglądów”. RELACJA z czatu

Paradoksalnie ruch ten przyspieszyły same media mainstreamowe, które od lat nie tyle pokazywały scenę polityczną, co kreowały ją z wyraźnym przechyłem w lewo. Zresztą, fakt że prawica od lat nie ma lekko w tradycyjnych mediach nie jest problemem tylko polskim. Szeroko zjawisko to opisują np. amerykańskie badania medioznawcze. Mocne wejście w sieć prawicy zostało więc w pewnym sensie wymuszone, choć w konsekwencji okazało się dla niej zbawienne.

W jej odkryciu pomógł sam kandydat prawicy. I absolutnie nie chodzi tu tylko umiejętność obsługi profilu na Twitterze czy posiadanie smartfona. To zdecydowanie za mało, aby zawojować sieć. Duda poprzez autentyczne wyjście do ludzi, otwartość i realną rozmowę precyzyjnie wpasował się w nowe media nastawione na interakcję, podmiotowość i autentyczność. Myślę, że przede wszystkim tu, a nie w internetowej technologii, tkwią podstawy sukcesu jego kampanii prezydenckiej. To nie statystyka zmienia poglądy ludzi.

Po drugie nie byłoby możliwe zwycięstwo Andrzeja Dudy bez zaangażowanych w jego kampanię internautów. Zaangażowanych spontanicznie, oddolnie, rzeczywiście. To nie jakąś mityczna, opłacona przez PiS armia, ale ludzie autentycznie przejęci polskimi sprawami zrobili tę kampanię. Bez partyjnych pieniędzy, jeżdżenia  na konwencje i bez otrzymywanych z centrali przekazów dnia. Dużo bardziej codziennym klikaniem, które z czasem dało efekt śniegowej kuli. Kto tego nie rozumie – dzisiejszy wywiad byłego prezydenta świadczy o tym, że nadal  nie odrobił lekcji z kampanii - nie rozumie komunikacji w sieci. W dużym błędzie są ci, którzy uważają, że sieć da się ograć setką wynajętych hejterów. Nie da się. Jej siłą jest opinia tysięcy zwykłych obywateli, a nie przekaz zaprogramowany przez wąską grupę decydentów i powielony przez mediaworkerów.

Po kampanii prezydenckiej dystans między światem telewizji i Internetu staje się coraz bardziej widoczny. Śledząc kampanijne boje trudno było nie zauważyć, że w pewnym momencie to wielkie telewizje relacjonowały to co działo się w sieci, a nie odwrotnie. To znamienne dla tej kampanii, że dysponujące odpowiednimi narzędziami i funduszami profesjonalne redakcje podążały za przekazem amatorskich nadawców korzystających z Twittera czy YouTuba. Dlaczego tak się działo? Bo były żywe i autentyczne. Nawet jeśli trudno dziś określić, czy to żółta, czy otrzymana zaocznie, ale już czerwona kartka wielkich mediów, to z pewnością można powiedzieć, że Internet przestał być samotną wyspą dostępną jedynie dla jednej grupy odbiorców. Wynik wyborów pokazał, że stał się medium powszechnym, realnie kształtującym nastroje w całym społeczeństwie.

Kampania prezydencka za nami. Obserwując szaleństwo medialnego rozliczania z obietnic urzędującego od 8 dni prezydenta, trudno nie założyć, że to właśnie Internet stanie się podstawowym sposobem jego komunikowania z Polakami. Choć Duda nie ignoruje tradycyjnych mediów, przymiarki do tej formy komunikacji w środowisku prezydenta już można zauważyć.

Ostatecznie wzrost znaczenia sieci to bardzo dobra wiadomość dla Polaków. Dużo gorsza dla elit politycznych, które będą musiały w końcu się zmierzyć z problemami realnego, a nie spreparowanego świata. Przykład głodujących polskich dzieci jest tu aż nadto wymowny.