Księża celebryci na froncie. Powiedzcie wprost: naszym adresem jest Czerska

fot. Jan Lorek (archiwum)
fot. Jan Lorek (archiwum)

To paradoks, ale sens tego żenującego sporu oddał dobrze Michał Ogórek, satyryk rzadko wychodzący poza polityczną poprawność własnej gazety, czyli „Wyborczej”. Najwyraźniej mechaniczne trzymanie się schematów własnego środowiska jest nie do pogodzenia z rolą kogoś, kto uprawia satyrę (rzecz do przemyślenia także dla niektórych autorów z prawicy).

Cała Polska dyskutowała o tym, czy ustępującemu prezydentowi Komorowskiemu należy dawać komunię świętą. Hierarchia kościelna była raczej przeciw, natomiast niewierzący by mu komunię dali, a wielu z nic się oburza, że się go tego pozbawia. Trochę przypomina to dyskusje z czasów PRL, kiedy zabierano głos, czy kogoś wyrzucić z partii: całe społeczeństwo – a już szczególnie bezpartyjni i nielegalna opozycja – kogoś takiego z reguły przed usunięciem broniło

— napisał Ogórek.

Paradoks sytuacji, kiedy to ludzie traktujący religię samą jako zło konieczne, pouczają katolików, jak ma wyglądać ich Kościół, została zauważona nie od dziś. Miło, że także przez Ogórka, choć na zacietrzewienie kierownictwa jego redakcji to raczej wpływu mieć nie będzie.

Nadal będą się pojawiać głosy, które trudno opisywać inaczej jak pozbawione choćby logicznego sensu. Choćby enuncjacje Janiny Paradowskiej, która zupełnie serio głosiła w bratniej „Polityce”, że o relacjach między Komorowskim jako wiernym i jego Kościołem decyduje, a w każdym razie decydować powinna… konstytucja RP.

Ogórek przywołał też analogię, która powinna być źródłem szerszej refleksji. To prawda, że bezpartyjni żywo debatowali o stosunkach wewnątrz PZPR. Ale to dlatego, że struktury Partii zlewały się wówczas ze strukturami państwa. Jej wewnętrzne układy sił miały wpływ na życie i powodzenie każdego Polaka.

Jeśli wobec Kościoła zastosujemy logikę podobną, to znaczy że uznajemy jego wszechogarniającą rolę. Rolę, której Kościół nigdy, a w ostatnich latach już szczególnie, nie pełnił, ponosząc cały szereg porażek – od kształtu ustawodawstwa po kształt programu w mediach, także publicznych, czy choćby przestrzeń ulicy przeciętnego polskiego miasta.

Tymczasem środowiska „Gazety Wyborczej”, „Polityki”, „Newsweeka” czy TVN wolą sytuację całkiem odwrotną. Kościół ma być równocześnie wypchnięty jak daleko tylko można ze sfery publicznej. A równocześnie opinia publiczna nie ograniczana bynajmniej do wiernych ma możliwie dogłębnie wpływać na jego wewnętrzne stosunki. O tym, czy Komorowski ma być godzien komunii świętej czy też nie, mają decydować nie biskupi, a Janina Paradowska, Tomasz Lis, Justyna Pochanke, Marek Beylin, Katarzyna Wiśniewska, Seweryn Blumsztajn, wreszcie last but not least Adam Michnik.

Nietrudno zauważyć, że jest to kopia polityki prowadzonej w czasach komunistycznych przez totalitarny reżim marksistowski. Nigdy nie zrezygnował on z przedstawiania religii jako kategorii społecznej przemijającej, skazanej na zagładę, którą to zagładę władze państwowe mają mniej lub bardziej twardymi środkami przyspieszać. Ale równocześnie próbowano kreować, w czasach stalinowskich metodami prymitywnymi, potem subtelniejszymi, własne lobby w tym tymczasowym Kościele. Miał ostatecznie zginąć, ale wcześniej odgrywać rolę doraźnego sprzymierzeńca w takim czy innym przedsięwzięciu tamtej władzy.

Dziś strategia jest podobna, choć oczywiście chodzi nie tyle o bezpośrednią politykę państwa, ile o kierunki oddziaływania mainstreamu na rzeczywistość. Ludzie uważający całość nauczania kościelnego za zabobon chcą mieć własnych księży. Znajdują ich zresztą.

Nie mam pretensji o odprawienie u Wizytek mszy zamówionej przez grupę wiernych za Bronisława Komorowskiego. Modlić można się za każdego – nie zdziwiłaby mnie msza za Leszka Millera czy nawet Janusza Palikota. Natomiast słowa rzucane od ołtarza, łatwe do zinterpretowania jako polemika z biskupami, są świadectwem smutnego pogubienia niektórych duchownych.

Dalszy ciąg na następnej stronie.

12
następna strona »

Komentarze

Liczba komentarzy: 111