Część establishmentu chce ułożyć się z PiS. Możliwe, iż zapanuje nastrój, że przejęcie rządów przez tę partię to oczywistość

Fot. Julita Szewczyk
Fot. Julita Szewczyk

Parę dni przed programową konwencją PiS (co ważne) wicenaczelny polskiej edycji prestiżowego magazynu „Forbes”, Eryk Stankunowicz, napisał tekst o tym, co będzie się działo z gospodarką pod rządami Prawa i Sprawiedliwości. Dla wszystkich spodziewających się, że owo związane ze środowiskami biznesowymi pismo podniesie larum w stylu „Wyborczej” lub „Polityki”, ów artykuł może być zaskoczeniem.

Bo tekst jest niezwykle zrównoważony, i nie jest pisany w tonie oczekiwania na apokalipsę. Podkreśla przede wszystkim „orbanowskie” koncepcje PiS – czyli „kapitalizm patriotyczny”, skierowanie państwowego ostrza ku działającym w Polsce inwestorom zagranicznym (np.hipermarkety, również instytucje finansowe), co może być uznane za wsparcie dla biznesu rodzimego.

Co równie znamienne – nie przejawia on histerii w związku z „propracowniczymi” planami PiS. „Właściciele firm zapłacą większe składki za pracowników i będą musieli się bardziej liczyć ze związkami zawodowymi. Wielu jednak przyjmie z satysfakcją sygnalizowane pomysły ograniczania wpływów zagranicznego kapitału w takich obszarach jak handel, bankowość czy budownictwo” – przewiduje wicenaczelny „Forbesa”.

Innymi słowy mamy do czynienia z sugestią pewnej transakcji – niechętna akceptacja, czy przynajmniej brak czynnego protestu i nie wpisywanie się w radykalną narrację antypisowskiego establishmentu (przy czym teraz należałoby już może raczej pisać: antypisowskiej części establishmentu…), w zamian za korzyści, wynikające z przyjęcia przez nowe władze linii „kapitalizmu narodowego”. W jakim zakresie może być to możliwe w ramach Unii Europejskiej? Myślę, że w jej nowym kształcie, określonym przez osłabienie – na skutek kryzysu greckiego i rosyjskiej agresji – unijnego centrum, znacznie szerszym niż jeszcze niedawno można było sobie wyobrazić.

„W środowisku przedsiębiorców nie brakuje obaw, że nowa władza przykręci biznesowi kontrolno-podatkową śrubę. Ale jest też pamięć o nieprzyjaznych działaniach obecnego rządu, zwłaszcza Ministerstwa Finansów” – pisze autor. I sygnalizuje, iż „kilku przedsiębiorców z czołówki rankingu najbogatszych „Forbesa” nosi się nawet z zamiarem napisania listu otwartego do nowej władzy, z apelem o wsparcie polskiego biznesu. Zarówno za granicą, jak i w kraju, poprzez likwidację preferencji dla międzynarodowych korporacji”.

Ten tekst jest znamienny. W tygodniku „wSieci” pisałem ostatnio o posiedzeniu Polskiej Rady Biznesu, na którym to zebraniu pewien multimiliarder przemówił w tonie: Polska ginie, giniemy my wszyscy, musimy więc pomóc ocalić władzę Platformy, bo inaczej Kaczyński nas zniszczy. Było widać, że oczekiwał, iż wyraża myśli i emocje wszystkich. Tymczasem na sali powiało chłodem. Gdy mówca jeszcze nie skończył, ktoś krzyknął: „Chcesz nas przekonać, że twoje interesy są interesami nas wszystkich, a to przecież nie tak!”. Multimiliarder zbaraniał. Wyglądało, jakby nagle usłyszał, że Ziemia nie kręci się wokół Słońca, tylko odwrotnie.

Gdy słuchałem tej opowieści przypomniałem sobie tezę, sformułowaną jakiś czas temu przez pewnego mądrego człowieka - pisałem. Powiedział on otóż, że drugie (po Viktorii 2005 roku) zdobycie władzy przez PiS będzie zupełnie inne od pierwszego. A to między innymi dlatego, że dla polskiej elity pieniądza będzie stanowić dowód, iż „nas (czyli PiS) przeczekać się po prostu nie da”. I z tego powodu relacje nowych rządzących ze środowiskiem bardzo bogatych Polaków będą inne, niż w latach Marcinkiewicza i Kaczyńskiego. Innymi słowy uznają oni, że Prawo i Sprawiedliwość jest trwałym elementem pejzażu. Że nawet jeśli za jakiś czas znów straci władzę, to tylko po to, żeby ją za parę lat znów odzyskać. A więc nie warto stawiać wszystkiego (jak kiedyś) na jedną kartę i antagonizować partię Kaczyńskiego. Bo nawet jeśli znów odejdą, to wrócą – a wtedy będą się mścić. Lepiej się z nimi dogadywać, a co najmniej wywiesić flagę neutralności.

Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na wspomnianą na początku tego tekstu konwencję programową PiS. Uważam ją za bardzo ważną, nie tyle i nie tylko ze względu na istotną skądinąd treść merytoryczną. Znacznie ważniejsza jest lista obecnych w Katowicach, uczestników (i prowadzących) poszczególne panele. Powiedzieć, że to nie jest lista klasycznie PiS-owska, to powiedzieć mało. Bardzo ewidentnie organizatorzy dołożyli ogromnych starań, aby Katowice zabłysły nie tylko wagą poszczególnych nazwisk, ale też ich różnorodnością. Oprócz polityków i intelektualistów, od lat związanych z projektem IVRP, znajdujemy więc tam szefów rozmaitych branżowych organizacji przedsiębiorców, prezesów firm, naukowców, kompletnie dotąd obcych partii Kaczyńskiego, a czasem sytuowanych w przeszłości wręcz po przeciwnej stronie barykady.

Ma to, jak rozumiem, intensyfikować wrażenie, że objęcie władzy przez PiS jest już „oczywistą oczywistością”. Skądinąd takie właśnie wrażenie, taki nastrój zapanował na Węgrzech na długo przed wyborami 2010 roku. Przekonanie, że zwycięży Fidesz, było powszechne, i samo w sobie stało się czynnikiem, pracującym na rzecz tego zwycięstwa…

Osobiście w kilku tekstach, opublikowanych już po zwycięstwie Andrzeja Dudy dawałem wyraz przekonaniu, że nic nie jest jeszcze przesądzone. Podtrzymuję tę opinię. Ale muszę też powiedzieć, że jeśli do wszystkich opisanych powyżej faktów dodać niebagatelny czynnik trwającego intelektualnego zagubienia ośrodków i środowisk, PiS-owi najbardziej wrogich, to trzeba stwierdzić, że powszechne zapanowanie takiego nastroju przestaje jawić się jako coś nierealnego.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...