Jeszcze o tłustych misiach, czyli alternatywie dla finansowania partii politycznych z budżetu państwa

fot.PAP/Radek Pietruszka
fot.PAP/Radek Pietruszka

Podział ugrupowań i wszelkich ruchów politycznych według kryterium finansowania jest prosty: dzielimy je na zwyczajne partie polityczne oraz tak zwane partie obywatelskie. Te drugie brzydzą się finansowaniem z budżetu państwa, szczególnie namiętnie okazując swoją odrazę przed wyborami.

Jednak zamiast dać dobry przykład i zrezygnować z budżetowego zastrzyku, nie oglądając się na innych, wymawiają się, że wszyscy biorą, więc i oni muszą!

Przykładem najbardziej aktualnym może być PO czy ruch Kukiza, którzy obywatelskość odmieniają na wszystkie sposoby, przy każdej okazji - przy czym obywatelskość ma ich zdaniem polegać na wolnej amerykance, zwłaszcza w odniesieniu do sposobu pozyskiwania funduszy na kampanię wyborczą.

Natomiast zwyczajne partie polityczne są za finansowaniem z budżetu, ponieważ w ich przekonaniu jedyną alternatywą jest finansowanie ze źródeł biznesowych, a biznes ma to do siebie, że płaci i wymaga posłuchu, czyli realizacji odpowiednich ustaw. Ponieważ partie na pewno nie wyżyją ze składek i darowizn, to kompletna bzdura (w roku 2013 poseł Wipler na podstawie sprawozdania finansowego PO wyliczył, że ze składek i darowizn pochodziło jedynie 3,3 % funduszy tej partii), zatem jest przesądzone, że w przypadku likwidacji dotacji z budżetu partie będą chodziły na smyczy zamożnych sponsorów, także zagranicznych i niekoniecznie prywatnych („kurica nie ptica, Polsza nie zagranica”). I to ugrupowanie, które znajdzie najbogatszego sponsora i zgodzi się na najkrótszą smycz, będzie miało najwięcej pieniędzy. Konsekwencje polityczne są oczywiste.

Finansowanie z budżetu daje jednak możliwość kontroli nad pieniędzmi w polityce, co będzie praktycznie niemożliwe, gdy się zrezygnuje z dotacji budżetowych. Ten system wymaga uzdrowienia, nie likwidacji, bo w przypadku likwidacji nie zostanie nam czyste konto, lecz przysłowiowa Afryka dzika. Warto przypomnieć tym wszystkim, którzy nie chcą finansowania różnych brewerii i wykwitów partyjniactwa w polskiej polityce, że chcąc nie chcąc finansowali także tego policjanta, który zgwałcił kobietę w komisariacie, dziadowski program komputerowy zamówiony przez Państwową Komisję Wyborczą, czy wymiar sprawiedliwości, który przez trzy lata więzi człowieka bez procesu w areszcie wydobywczym, a potem przez następne dziesięć lat jeszcze go ciąga po sądach. Finansowanie partii z budżetu jest wliczone w koszty demokracji, chociaż nie da się ukryć, iż czasem bywa, że są to pieniądze wyrzucone w błoto.

Paweł Piskorski ujawnił niedawno, że na początku lat dziewięćdziesiątych niemiecka chadecja obficie futrowała Kongres Liberalno-Demokratyczny Donalda Tuska, inaczej zwany partią liberałów aferałów. Piskorskiemu w tej kwestii wierzyć można, był wtedy sekretarzem generalnym i wiceprzewodniczącym KLD. Kto zatem mógłby lepiej wiedzieć niż on?

Pieniądze ponoć dostarczano w reklamówkach, tyle tego było. Tutaj, na tym polu znajdowania szemranych źródeł funduszy wyborczych, Platforma Obywatelska ma bogate (nomen omen!) tradycje. Nie ma wątpliwości, że w tej konkurencji jest przysłowiowym prymusem na polskiej scenie politycznej. Zresztą dowodem jest afera wałbrzyska, gdzie struktury Platformy zorganizowały systemowe fałszerstwo wyborcze, kupując głosy na wielką skalę.

Znamienne jest, że kiedy Platforma w roku 2013 przygotowała projekt ustawy o likwidacji budżetowego finansowania partii, to znalazł tam się punkt pozwalający partiom na prowadzenie działalności gospodarczej. Ten zapis ostatecznie nie został uwzględniony w ustawie (prawdopodobnie uznano, że naród jeszcze nie dorósł do takich nowatorskich w demokracji rozwiązań), lecz dobitnie świadczy, co chodzi po głowie specyficznym „obywatelom” z Platformy Obywatelskiej, gdy przekonują normalnych obywateli, że partie powinny się same wyżywić.

Co najciekawsze, ci ludzie, którzy z taką troską o nasze portfele wmawiają obywatelom, że polityka i demokracja nie muszą ich nic kosztować, bronią jednocześnie banków, które w biały dzień dosłownie okradają tych samych obywateli, stosując szalbiercze podstępy i bezprawne umowy. Podobnie czynią w przypadku zagranicznych korporacji handlowych, które są w Polsce notorycznie zwalniane od podatków. To wiele wyjaśnia, skąd obywatele z partii obywatelskich zamierzają czerpać fundusze, gdy już uda im się zlikwidować finansowanie z budżetu.

Powyższy postulat jest żelaznym gwoździem kampanii wyborczej PO przed każdymi wyborami, podobnie jak niegdyś wprowadzenie podatku liniowego, ten jednak stał się bezużyteczny, gdy Platforma ze zdumieniem stwierdziła, że jej serce bije po lewej stronie. Teraz więc wywija zakazem finansowania partii z budżetu, gdyż pielęgnuje związki z szemranym biznesem, czyli tytułowymi tłustymi misiami. Natomiast w obecnym systemie fundusze Platformy siłą rzeczy są porównywalne z największą partią opozycyjną i przez to partia Tuska nie może rozwinąć skrzydeł.

Jest bowiem tajemnicą poliszynela, że w partiach „obywatelskich” roi się od różnych Zbychów, Rychów i Grześków, którzy już przebierają nogami na samą myśl o zlikwidowaniu finansowania partii z budżetu, co jest normą w Europie, a w Unii Europejskiej tylko Malta nie stosuje tego wariantu. Partia niezliczonych afer – jeśli jej na to pozwolić - zawsze się z tych afer wyżywi, więc w tym sposobie – w przychylności tłustych misiów różnego autoramentu, którzy przecież podwalali podwaliny pod ugrupowanie liberałów aferałów - Platforma widzi ratunek przed utratą władzy. Nawet trudno się dziwić, bo ze wspólnego punktu widzenia liberalnych aferałów i tłustych misiów jest to rozwiązanie optymalne.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...