Nie zgadzam się z większością politologów i niezależnych od korytka ekspertów, że sobotnia konwencja Platformy Obywatelskiej nie przyniosła niczego nowego i że jej organizowanie było bez sensu. Otóż i przyniosła, i miała sens, bo cel był jeden – wyznaczyć główny kierunek kampanii wyborczej partii rządzącej.

I on został wyznaczony. Hejt, hejt, jeszcze raz hejt. Nienawiść do konkurencji, nienawiść do konkurencji i jeszcze raz nienawiść do konkurencji. Któż dziś jeszcze pamięta, że pierwsze „orędzie” premier Kopacz tuż po objęciu przez nią stanowiska szefowej rządu było w większości poświęcone, tak, tak – językowi miłości. Nie może być tak – łkała Kopacz – że człowiek w polityce człowiekowi wilkiem, że mówimy tak brzydko o politycznych konkurentach, że obryzgujemy ich błotem… I tak dalej, i tym podobne. Niedługo potem Kaczyński wyjaśnił Tuskowi, że go nie nienawidzi, co premier potraktowała jako swój osobisty sukces.

Jej wystąpienie na konwencji PO nie pozostawia już żadnych złudzeń – cała gra posmoleńskiej kłamczuszki na „uspokojenie nastrojów” i „nową politykę miłości” była przeżartym hipokryzją cynizmem. Obrażała bez przerwy, a to Pawłowicz, a to Macierewicza, a to Kaczyńskiego, a to ich elektorat… Niedawna deklaracja o potrzebie szerzenia wobec opozycji internetowego hejtu nabrała realnej mocy. A królową nagonki stała się sama premier.

To już nawet nie jest żenujące, to wstyd dla każdego społeczeństwa, które człowieka takiego formatu „wybrało sobie” na szefa rządu. Bo przecież do zamiłowań hejterskich dodać trzeba jej niebywałą megalomanię (zwłaszcza w kontekście drugich z rzędu przegranych przez PO wyborów). Kopacz twierdzi np., że „jeszcze kilkanaście miesięcy temu nie byłoby pomysłu w PiS, by ktokolwiek ubrany w sukienkę mógł być premierem”. Zapomniała o Hannie Suchockiej, premier RP w latach 1992-93? A skąd. Po prostu to siebie uważa za prekursorkę. Każda żenada dozwolona, każdy chwyt, nawet żałosny – jest dopuszczalny. Więc na koniec wywiadu w TVN premier Kopacz pozdrawia… trzyletniego wnuka, „bo ją ogląda i rozpoznaje, co jest pewnie zadziwiające”.

Biorąc uwagę wszystko, co powyższe, dostrzec można, jak niemądra jest nowa narracja polityczno-eksperckich środowisk grających na polityczne trzęsienie ziemi. Ta bowiem brzmi ostatnio: „Szydło czy Kopacz - a cóż to za różnica?”. Lansuje ją np. Marek Migalski, kiedyś cudowne dziecko PiS, dziś TVN24. Czyżby te same cechy u dwóch różnych kobiet z dwóch różnych partii jedną z nich (akurat z PiS) dyskwalifikowały, drugą zaś (akurat z PO) nie? Dajmy spokój Migalskiemu, to tylko przykład, jakich w tej kampanii będą dziesiątki. Granatowa marynarka Kopacz będzie wzorem stylu, ale u Szydło – kwintesencją obciachu. Jeżeli bezpardonowe ataki suną na tę ostatnią nawet z ust Jadwigi Staniszkis (nie przytoczę przez szacunek dla pani profesor), możemy spodziewać się wszystkiego: hejtu płatnego i bezpłatnego, ciosów poniżej pasa i w plecy. Sławomir Sierakowski z „Krytyki Politycznej” siedzi w TVP Info kolejny dzień tylko po to, by drwić z prawicowej opozycji. Mówi, że „Szydło uchodzi za eksperta, ale nim nie jest”. A od czego sam, wypasany na dotacjach jeszcze śmieszniejszych urzędasów, jest ekspertem? Od budowania formacji z krzywym dziobem, za to bez skrzydeł, którą próbuje poderwać do lotu, ale jej napchany kałdun nie pozwala? Zaiste, piękny tandem stanowią dziś z Joanną Muchą.

Dla mnie Szydło jest osobą bardzo mało kompetentną. Jest etnolożką, która zajmowała się w muzeum organizowaniem szopek bożonarodzeniowych

– mówi Mucha, była minister sportu, która do dziś nie odróżnia chyba palanta od pływania synchronicznego.

Wszystko to jednak byłoby do przełknięcia – wiadomo, wybory, walka na śmierć i życie. Ostatecznie można zrozumieć, że ta akurat partia rządząca, która wstydu nie miała nigdy, znowu stawia na przemysł pogardy i rechot znad ośmiornicy. Niestety, prawda jest smutniejsza. Strategia ataku złym słowem, kłamstwem i manipulacją, jaką obiera na naszych oczach ledwo żywa Platforma Obywatelska, nie jest jej wyborem. Nie było żadnych narad ani debat o strategii, nie ma żadnego planu B na wypadek, gdy plan A nie wypalił.

Ci ludzie po prostu - mam takie wrażenie graniczące z pewnością - w swej zdecydowanej, medialnej większości, nie potrafią już nic innego. Albo będą straszyć PiS-em, albo padną jak dyski w rozbitych laptopach. Mało tego – wielu z nich na myśl o utracie wpływów choćby w wymiarze sprawiedliwości łydki naprawdę trzęsą się ze strachu. Widać - są powody.