Działania polityczne nowego prezydenta wobec Berlina mogą być torpedowane nie tylko przez Berlin. Od czego ma on swoje media nad Wisłą?

fot. wPolityce.pl
fot. wPolityce.pl

Ciekawie będzie obserwować reakcję świata niemieckiej polityki i mediów po postawieniu Berlinowi warunków „partnerskiej współpracy” przez Andrzeja Dudę. Ciekawie dlatego, że przez całą kampanię wyborczą niemieckie media straszyły obecnym prezydentem-elektem, a po jego zwycięstwie przeszły od straszenia nim do jego zmiękczania.

O warunkach Andrzeja Dudy postawionych Niemcom głosem prof. Krzysztofa Szczerskiego można przeczytać tutaj.

Na szczególną uwagę zasługuje pierwszy raz postawienie na właściwym miejscu spraw polskiej mniejszości w Niemczech, która się odrodziła i chce przejąć rolę polskiego lobby na terenie Republiki Federalnej Niemiec. To, że władzom federalnym udawało się przez całe lata ograniczyć rozwój politycznych wpływów niemieckiej Polonii zawdzięczają oni rządom Platformy Obywatelskiej i Bronisława Komorowskiego, którzy robili w tej i nie tylko tej sprawie dokładnie to, co odpowiadało „partnerowi” niemieckiemu.

Zobaczymy jak Niemcy zareagują na przedstawione warunki. A ich reakcje, w tym medialne, mogą być bardzo symptomatyczne. Otóż warto sobie uświadomić, że w posiadaniu naszego zachodniego sąsiada jest ok. 60-70 procent wpływów medialnych. W kwietniu portal branżowy „Wirtualne Media” podał szacunki za ubiegły rok. Niech przemówią liczby.

Pierwsze trzy miejsca w sprzedaży gazet w Polsce zajęły koncerny niemieckie. Wydawnictwo Bauer: 248 843 757 egzemplarzy, Ringier Axel Springer: 122 614 912 egzemplarzy i Polska Press Grupa: 111 599 727 egzemplarzy. Ten ostatni koncern ma w swoich rękach prawie 100 procent mediów lokalnych! Zaś do wydawnictwa Bauer należy chociażby radio RMF FM, znajdujące się na szczytach słuchalności, a do Ringier Axel Springer „Newsweek” Tomasza Lisa, portal Onet czy wysokonakładowy tabloid „Fakt”. Jeśli dodamy do tego „naturalną” proniemieckość mediów, gdzie nie ma kapitału niemieckiego lub są jego śladowe ilości, to mamy obraz klęski polskiej racji stanu w mediach.

Radosław Sikorski powiedział kiedyś o „murzyńskości” Polaków. Jego partia doprowadziła do stosunków medialnych w Polsce, jakie były kiedyś w koloniach afrykańskich, więc pewnie wie, o czym mówi. A warto sobie uświadomić, że tak jak w Polsce, nie ma nigdzie w Europie rynku medialnego zdominowanego przez obcy element.

Tu nie chodzi tylko o dyskomfort tych, którzy zdają sobie sprawę, że ogromne rzesze odbiorców codziennie karmione są treściami, które pokazują obraz świata widziany nie z Warszawy, ale z zupełnie innej stolicy. I nie zmieni tego osobista uczciwość wielu Polaków pracujących w tych redakcjach; po prostu muszą oni wykonywać polecenia służbowe. I właśnie elementem tych poleceń służbowych może być torpedowanie działań nowego Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, jeśli uderzają one w rację stanu Republiki Federalnej Niemiec.

Nie musi to być siłowe zmuszanie polskich redaktorów do robienia dobrze polityce niemieckiej w świetle jupiterów. To dzieje się bardziej subtelnie. Chodzi po prostu o „właściwe” ustawianie akcentów newsa, rozmowy z „właściwymi” osobami, np. takimi, które w przeszłości korzystały z grantów sponsorowanych przez niemieckie fundacje, czyli niemieckiego podatnika. Możliwości manewrów jest wiele i nie zawsze są one łatwe do wychwycenia. Ale skutek takich działań jest paskudny z punktu widzenia polskich interesów; sami Polacy - nawet ci uważający się za inteligentnych - zaczynają się posługiwać argumentami niepolskimi…

Działania polskie mogą więc zostać storpedowane nie przez niezwykle sprawny aparat dyplomatyczny Auswärtiges Amt w Berlinie, ale przez media niemieckie działające nad Wisłą. Ich właściciele zupełnie naturalnie i logicznie sprzyjają racji stanu kraju swego pochodzenia.

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...