Warszawska prokuratura postawiła zarzut pedofilii byłemu doradcy posłów Samoobrony - Zbigniewowi S. - Wcześniej był on karany za wyłudzenie kredytu i fałszowanie dokumentów

— pisało Życie Warszawy w 2003 roku. W tekście pt: „Pedofil w pobliżu Leppera” przewija się postać człowieka, który doprowadził do dymisji części ministrów Ewy Kopacz.

Zbigniew S. miał, zdaniem śródmiejskiej prokuratury, bywać na Dworcu Centralnym, gdzie poznał prostytuujących się małoletnich. Jeden z poszkodowanych - 14-letni chłopiec - złożył zeznania obciążające byłego współpracownika Samoobrony

— pisało ŻW.

Dziennikarze dodawali, że „S. miał usłyszeć zarzuty związane z doprowadzeniem do obcowania płciowego z małoletnim, który nie skończył 15. roku życia”.

Autorzy tekstu dotarli do podejrzanego. Jednak on pytania o zarzuty ucinał jedynie stwierdzeniem, że to bzdury, a on żadnych zarzutów nie otrzymał.

Potwierdzam, że postawiliśmy zarzuty osobie o inicjałach Zbigniew S. Odmawiam komentarzy na temat szczegółów śledztwa

— mówił z kolei Maciej Kujawski, rzecznik stołecznej prokuratury okręgowej.

ŻW informowało, że „śledztwo w sprawie Zbigniewa S. trwało od kilku miesięcy”, zaś „policjanci wpadli na jego trop, rozpracowując innych podejrzanych związanych z tzw. klubem pedofilów”. Sam autor tekstu o przestępstwach zapewnia, że śledztwo w tej sprawie zostało umorzone.

Opisując związki polityczne Zbigniewa S. gazeta skupiała się na jego pozycji w Samoobronie, wskazując, że ma szerokie poparcie i silną pozycję. W Sejmie pojawiał się u boku partii Leppera już od 2001 roku.

Jeden z byłych parlamentarzystów Samoobrony miał twierdzić, że Zbigniew S. uchodził za nieformalnego doradcę Andrzeja Leppera.

Był też doradcą do spraw małych i średnich przedsiębiorstw oraz asystentem Wandy Łyżwińskiej

— dodaje rozmówca gazety.

Nigdy, ale to nigdy nie był moim asystentem. Był społecznym asystentem Wandy Łyżwińskiej, ale po aferach z nim związanych zakazałem mu wstępu do Sejmu

— zarzeka się lider Samoobrony, reagując emocjonalnie na postać S.

Gazeta dodaje, że Zbigniew S. miał już w 2003 bogatą kartotekę:

Zbigniew S. ma na swoim koncie wyrok za zagarnięcie mienia znacznej wartości i fałszowanie dokumentów. Mimo młodego wieku - ma 28 lat - oszukał szefów banku, którzy w 1996 r. przyznali mu kredyt w wysokości 800 tysięcy złotych. Zastawem kredytu była wydrukowana księga, według zaświadczenia mszał gregoriański pochodzący z X wieku. Według przedstawionego przez Zbigniewa S. zaświadczenia z Muzeum Narodowego, określono jego wartość na 2 mln 800 tysięcy złotych. Nikt w banku nie zastanowił się, jak było możliwe wydrukowanie księgi na pięćset lat przed wynalezieniem druku przez Gutenberga! Gdy Zbigniew S. nie spłacił ani jednej raty kredytu, bank zawiadomił prokuraturę. Okazało się, że zaświadczenie jest sfałszowane, a „mszał gregoriański” to zwykła księga liturgiczna z 1815 roku, której wartość nie przekracza 1,5 tys. zł

— pisało „ŻW”.

Gazeta wskazywała, że „za wyłudzenie kredytu i fałszowanie dokumentów Zbigniew S. został skazany na cztery lata więzienia”.

Nie przeszkodziło mu to prowadzić agencji PKO BP. Już po odbyciu kary założył kolejne firmy

— dodawało „ŻW”.

Gazeta podkreślała m.in., że S. miał związki z egzekucją długów Konsorcjum Finansowo-Inwestycyjnego Colloseum, której działalność zakończyła się ogromnym skandalem. S. miał również swój udział w rozgrywaniu sprawy Afery Rywina.

Zbigniew S. oskarżył Adama Michnika o to, że naczelny „Gazety Wyborczej” namawiał go do prowokacji wymierzonej przeciwko Leszkowi Millerowi. Michnik sprawę skierował do sądu

— pisało Życie Warszawy w 2003 roku.

Kolejne ciekawe informacje publikuje dziennikarz śledczy Przemysław Wojciechowski. Na swoim blogu przytoczył swoją wiedzę o Zbigniewie S.

Jednym z cięższych zarzutów, jaki ciążył na nim wówczas, był gwałt na nieletnim. Dotarłem do aktu oskarżenia w tej sprawie, który sporządził prokurator. Dokument szczegółowo opisywał spotkanie Stonogi z nieletnim chłopcem w jednym opolskich hoteli w centrum miasta

— pisał o Stonodze Wojciechowski.

I przytaczał kolejne wiadomości o „bohaterze z ostatnich dni”.

Kiedy miałem już sporą wiedzę na temat Stonogi zacząłem się z nim spotykać. Rozmowy rejestrowałem. Stonoga mówił dużo. Sprawiał wrażenia człowieka chełpliwego. Chwalił się swoimi kontaktami w biznesie i oczywiście w polityce. Machał przed moimi oczami legitymacją asystenta poselskiego. Twierdził, że doskonale zna Andrzeja Leppera, że niejednokrotnie biesiadował z nim do rana. Mówił o finansowaniu partii Samoobrona i innych dziwnych, wręcz niewiarygodnych sytuacjach

— pisze dziennikarz śledczy.

I wskazuje, że Stonoga chwalił się również, że doskonale zna Anetę K., bohaterkę afery wykreowanej przez GW „praca za seks”.

Stonoga twierdził, że pani Anety nikt do niczego nie zmuszał i że ochoczo uczestniczyła w niewybrednych zabawach posłów chłopskiej partii. Opowiadał, jak woził ją własnym samochodem na suto zakrapiane imprezy, na których Aneta, według słów Stonogi prezentowała swoje wdzięki wszystkim ,którzy tego chcieli

— zaznacza autor tekstu.

Stonoga przedstawiał mu się „jako ten, który wszystko organizował i finansował”.

Sprawiał na mnie wrażenie człowieka realizującego jakieś zlecone zadania. Stonoga twierdził także, że cała afera z Anetą, została wykreowana pod polityczne zamówienie, była prowokacją mającą na celu obalenie rządu PiS

— pisze Wojciechowski.

I relacjonuje kolejne sensacyjne historie, jakie miał mu serwować Stonoga, m.in. o materiałach pozwalających szantażować Andrzeja Leppera.

Pamiętam, że cały czas zastanawiałem się, kim rzeczywiście jest ten człowiek, jakie są jego cele i kto za nim stoi? Miałem wrażenie, że jest sprawnym prowokatorem, ale nie działa samodzielnie

— pisze o kulisach przygotowania materiału o Stonodze Wojciechowski. Wskazuje, że materiał został wyemitowany, a Stonoga po jego emisji dzwonił do niego i mu groził.

Historie z przeszłości dotyczące Zbigniewa Stonogi być może pozwolą lepiej zrozumieć, z czym mamy ostatnio do czynienia. Jednak pytanie kto za tym wszystkim naprawdę stoi wydaje się wciąż otwarte…

wrp