Uwaga, że „pycha kroczy przed upadkiem” brzmi tak banalnie, że odnotowuję ją odruchowo. Ale przypomina mi się jeden z moich ulubionych filmów Sidneya Lumeta „Werdykt”.

Oglądamy w nim proces sądowy, który można nazwać ustawionym: bogaty szpital broniący się przed oskarżeniem o błąd lekarski ma za sobą wszystko. Najlepiej opłacanych adwokatów, przychylność sędziego prowadzącego rozprawę, narzędzia dla korumpowania lub zastraszania świadków.

Po drugiej stronie rzecznik biednej pacjentki, adwokat alkoholik, na przegranych pozycjach. Jest to tak frustrujące, że przerywałem oglądanie tego filmu. Tak mi było żal Paula Newmana, który był owym adwokatem outsiderem.

Ale na samym końcu był jeszcze jeden czynnik: ława przysięgłych. Czyli ludzie, którzy obserwowali z narastającą zgrozą ów festiwal arogancji, a chwilami przemocy. I to oni mieli ostatni głos.

Tu mieliśmy do czynienia z podobnym widowiskiem. Naturalnie, rzecz trwała całe lata – Polacy dojrzewali. Można wskazać listę racjonalnych powodów, dla których PO tak długo zachowywała przewagę. Ale też coś, co można by nazwać przemocą, choćby medialną, okazywało się skuteczne. Symbolem były niewiele różniące się od siebie programy informacyjne trzech głównych telewizji . Ale to coś nie mogło trwać bez końca. Programy się nie zmieniły, ale większość je zignorowała, dzięki Internetowi, ale i dzięki społecznemu instynktowi. Bo takie są reguły demokracji.

Żałosne sztuczki ostatnich tygodni, kiedy PO skupiła się na tworzeniu różnych psychoz, a przy okazji korzystała z osłony medialnej, realizowanej w wyjątkowo brzydkim stylu, zaszkodziły jej samej. Lista wspólników porażki jest duża – od Beaty Tadli, Tomasza Lisa czy Moniki Olejnik (przy czym ludziom telewizji publicznej należy się specjalne wyróżnienie) po autorów pomysłu z ostatnich godzin kampanii – aby postraszyć Polaków rzekomo nam zagrażającym ulicznym terroryzmem.

Recepty na prezydenckie debaty były w sztabie Komorowskiego dwie: szukanie haków i zalecenie prezydentowi aby przerywał, łajał, przemawiał do rywala mentorskim tonem. Sam się trochę obawiałem skuteczności tej strategii. Jak się okazało niesłusznie. To pasowało do złotych czasów PO, ale nie do momentu, kiedy zaufanie zaczęło ulegać erozji.

Czy ktoś wyciągnął jakieś wnioski? Gdy spojrzeć na media, to chyba nie bardzo. W TVP 1, a potem TVP Info, drugi komplet komentatorów wyniku zaraz po czołowych politykach to była loża szczególna: Zbigniew Hołdys, Maciej Maleńczuk, Jacek Poniedziałek i Krystian Legierski.

Sam pomysł uznawania celebrytów za najbardziej miarodajnych ekspertów wystawia telewizji publicznej kiepskie świadectwo. Ale chodzi bardziej o coś innego: cała czwórka to ludzie o poglądach wyraziście lewicowych, jeśli nie lewackich. Trójka z nich (poza Legierskim) słynie z pisofobii – w przypadku Maleńczuka i Hołdysa wręcz obsesyjnej.

To oni mieli objaśniać Polakom sens tego co się stało. Czyli wyśmiewać przegranego Dudę, a świętować triumf Komorowskiego. Stało się inaczej, co podkreślało groteskować tego spektaklu. Ale ta ostentacyjna pogarda już nie tylko dla politycznego, ale i społecznego, pluralizmu kontrastowała z siłą zmiany.

Ale moja uwaga, że to demokracja pokazała swoje żelazne prawa to także kamyczek do ogródka części środowisk prawicowych. Przy czym intelektualistów, dziennikarzy, społeczników nawet bardziej niż polityków.

Oni tak ulegali przekonaniu, że żyją w opresyjnej półdyktaturze, że gdyby wyciągać konsekwencje z ich wizji, należałoby założyć ręce  i czekać na kataklizm. Klasyczną politykę, łącznie z marketingiem uznawali za wymysł służb specjalnych, jeśli nie szatana. Ich opis rzeczywistości zakładał swoistą samospełniającą się przepowiednię: nie dadzą nam. Kojarzyli się ze sławnym dowcipem o Panu Bogu, który Żydowi żalącemu się na brak szczęścia, sugeruje kupienie losu na loterii.

Otóż za przyzwoleniem Jarosława Kaczyńskiego obóz pisowski taki los po latach porażek i rozczarowań wreszcie wykupił. Postawił na kandydata młodego, nadającego się do PR-owskich sztuczek, a równocześnie jakoś tam wiarygodnego. Nie eksponującego twarzy pełnej złości na świat, ale twarz wyrażającą nadzieję.

Naturalnie skupiły się wokół niego rozmaite aspiracje i rozmaite kontestacje. Bardzo mocna socjalna, co symbolizuje poparcie go przez ponad połowę wyborców PSL i jedną trzecią SLD z poprzednich wyborów. I wiara młodych ludzi w możliwość budowania lepszego uczciwego państwa, niekoniecznie według recept związkowych. Skupił wokół siebie obóz bardzo różnorodny, ale gwarantujący jedno: przewietrzenie pokojów władzy.

I co? Dało się. System okazał się jednak bardziej otwarty niż nawet ja sam byłem skłonny przypuszczać. Całkiem niedawno platformerska władza była zdolna przyzwolić na lokalne poprawianie wyników wyborów przez prawdopodobnie ludowcowe kliki. Ale nie jest zdolna pociągać na wszystkie sznurki.

Mamy szanse na mozolne odzyskiwanie demokracji. Na odbicie Polski dla Polaków – powtarzam formułkę, którą niedawno jednej z najbardziej sfanatyzowanych platformerskich propagandzistów uznał za „ksenofobiczną, jeśli nie antysemicką”.

Napisałem dziś do rozmaitych swoich znajomych sms z uwagą na poły radosną, ale na poły zgryźliwą. „I co? Prawica musi przestać jęczeć. I zacząć rządzić”.

Kłopotów w kontynuowaniu marszu po władzę widzę bez liku – od konieczności układania się z kontestacją a la Kukiz po uporanie się z mnogością socjalnych obietnic własnych. Problemem staje się też relacja między zwycięskim prezydentem a jego politycznym zapleczem. Nie wymienienie Kaczyńskiego ani PiS w wyborczy wieczór nawet mnie wydało się nienaturalne, choć jak mnie przekonują, to wykalkulowany gest obliczony na budowę nowemu prezydentowi reputacji niezależnego. To nie wyklucza jednak w przyszłości napięć i rozmaitych pytań.

Będzie czas je stawiać. Na razie dominuje radość. Jest się z czego cieszyć – w wielu krajach partie rządzą przez więcej niż jedną kadencje, ale w Polsce mającą kłopot z demokratycznymi standardami jawiło się to jako recepta na zabetonowanie wszystkiego, nie tylko polityki. Rozstajemy się też z niedobrą prezydenturą. Świętujmy!