Zwycięstwo Andrzeja Dudy w obliczu ostatnich dni kampanii wyborczej nie powinno dziwić. Kandydat PiS udowodnił, że jest człowiekiem, który dysponuje cechami pretendującymi go do zasiadania w fotelu prezydenckim. Właściwie powinno nas zastanawiać, dlaczego rozstrzygnięcie batalii przyszło tak późno.

Duda – młodość, energia, talent dyplomatyczny, niemal wrodzona łagodność i zdolność do zawierania kompromisowych rozwiązań. Komorowski – ospałość, trudności z pełnieniem funkcji reprezentacyjnych, liczne gafy, niejasne powiązania (opisane m.in. w książce Wojciecha Sumlińskiego „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego”, wciąż pozostające bez komentarza prezydenta) i werbalna agresja. Taki podział rzucał się w oczy nawet ludziom, którzy nie należą do grona zagorzałych zwolenników Prawa i Sprawiedliwości.

A warto pamiętać, że zaraz po ogłoszeniu kandydatury Andrzeja Dudy nie brakowało opinii krytycznych. Sam podchodziłem z dużym dystansem do ostrożnych wystąpień kandydata PiS, który nie chciał stawiać na jednoznaczne, konfrontacyjne deklaracje i konkretny program. Raził mnie ten asekuracyjny ten początku kampanii okraszony w dodatku socjalnymi naleciałościami.

W miarę upływu dni, Duda stawał się jednak coraz bardziej wyrazistą postacią. Imponująca konwencja wyborcza była sygnałem, że stosunkowo młody europoseł jest człowiekiem, który może odgrywać rolę charyzmatycznego frontmana. Kolejne dni, tygodnie, miesiące kampanii krystalizowały wizerunek Dudy – polityka, który jest gotów ponieść odpowiedzialność za państwo, doskonale rozumie rolę prezydenta, a co najważniejsze - potrafi łączyć różne środowiska i pomysły na Polskę, czego najlepszym przykładem było uzyskanie poparcia związkowców, a z drugiej strony – uzyskanie przychylności stowarzyszenia KoLiber czy środowiska skupionego wokół Jarosława Gowina.

Wzrost aktywności Dudy towarzyszył spadającemu zaufaniu do urzędującego prezydenta. Bronisław Komorowski opuszczając Pałac Prezydencki i przystępując do wyborczej batalii udowodnił, że król jest nagi. Komorowski nie podołała wyznaczonej przez siebie roli nobliwego nestora, który strzeże mitycznej „zgody i bezpieczeństwa”. Prezydent udowodnił, że nie potrafi nawiązać dialogu  z wyborcami, a wejście w każdą politykę kończy się agresywnymi okrzykami (pamiętne „Nie ma na to naszej zgody”) czy „odradzaniem” zadawania pytań Bogdanowi Rymanowskiemu, który na antenie TVN24 pokusił się o nieco większą dociekliwość, do której nie była przyzwyczajona była głowa państwa.

Gdyby ktoś na początku tego roku stwierdził, że Andrzej Duda zwycięży ze sporą przewagą w II turze wyborów z urzędującym prezydentem, z pewnością również sympatycy PiS patrzyliby na niego z niedowierzaniem. To o tyle dziwne, że dotychczasowy dorobek Dudy – aktywnego europosła, ministra w Kancelarii Prezydenta RP czy wiceministra sprawiedliwości przemawiał za tym, że prezydenckie aspiracje tego polityka nie powinny budzić zaskoczenia.

Wybór Andrzeja Dudy wykraczał poza podziały polityczne, choć oczywiście nie wolno ich lekceważyć. Wystarczy zwrócić uwagę na kompetencje. Polacy stanęli przed wyborem – albo polityk, który nie posiada elementarnej ogłady i wiedzy na temat funkcjonowania instytucji państwowych (wystarczy wspomnieć przynoszenie wydruków pochodzących z Wikipedii), albo europarlamenatrzysta wykazujący olbrzymie zdolności dyplomatyczne i doskonałą znajomość funkcjonowania państwa wynikającą z prawniczego wykształcenia.

Zwyciężyły kompetencje. Możemy mieć nadzieję, że głowa państwa nie przyniesie nam już wstydu na arenie międzynarodowej. A jak będzie w pozostałych kwestiach? To zależy również od nas samych. Andrzej Duda udowodnił, że potrafi rozmawiać z ludźmi, a jeśli nie straci umiejętności wysłuchiwania obywateli, to również w naszych rękach będzie leżał dalszy los państwa.