Po wczorajszej debacie wiadomo tylko jedno: Komorowski jeszcze nie przegrał, a Duda jeszcze nie wygrał

fot. PAP/Adam Warżawa
fot. PAP/Adam Warżawa

Kto, kogo pokonał? Według jednych Bronisław Komorowski zmiażdżył Andrzeja Dudę, według innych - odwrotnie. Prawda jest taka, że nikt nikogo nie powalił i nie zmiażdżył…

Przed wczorajszą debatą urzędujący prezydent wyglądał na zagubionego faceta, który za chwilę wejdzie z pochodnią do stodoły. Po dotychczasowym przebiegu jego kampanii wyborczej mogło się wydawać, że ze studia TVP zostanie w najlepszym razie wyniesiony na drzwiach, z rozległymi poparzeniami trzeciego stopnia. Bo, czego nikt nie zaprzeczy, dorobek Komorowskiego jest mizerny, za to dowodów partyjnej służalczości, obłudy, nieróbstwa, wpadek i gaf co niemiara. Kontrkandydat Duda miał więc doskonałą pozycję wyjściową do przygwożdżenia przeciwnika twardymi argumentami, faktami, które mówią same za siebie. Próbował… - nie wyszło. Zjadły go nerwy, był jak nie-Duda, chwilami wyglądał wręcz na zaskoczonego, że ospały „strażnik żyrandola” się ożywił, a nawet zdobył się na ataki…

Tym razem to kandydat PiS na prezydenta przespał kilka okazji, w których mógł ostatecznie przychylić szalę zwycięstwa na swoją stronę.

Zaczęło się od polityki zagranicznej i bezpieczeństwa - tematu, w którym reprezentant tzw. obozu władzy już na początku rundy mógł zostać rozłożony na łopatki. Zamiast rozprawienia się z jego błędną strategią, zwłaszcza wobec Rosji, zakończonej totalną klapą, radykalną zmianą kursu i wejściem w buty Lecha Kaczyńskiego, de facto wyszydzanego wcześniej przez Komorowskiego, zamiast nawiązania przez Dudę do dalekowzrocznej polityki tragicznie zmarłego prezydenta (Gruzja), dążącego do wzmocnienia bloku państw środkowo-wschodniej Europy, zamiast podkreślenia wykluczenia Polski z negocjacji z Rosją w sprawie Ukrainy przez Niemcy i Francję, naszych rzekomych partnerów z Trójkąta Weimarskiego, czy przypomnienia postulatu z początku 2010 r. w sprawie włączenia Polski do grupy G-20 (do której kilka państw należy prawem kaduka), pretendent PiS do objęcia funkcji prezydenta dał się zepchnąć do defensywy.

Co widać uszło uwadze doradcom przygotowującym Dudę do debaty, nawet na szczycie G-20 w Londynie obcojęzyczni politycy dziwili się, że Polska zarzuciła starania o włączenie do tego gremium. Pisał o tym nie tak dawno m.in. amerykański renomowany magazyn Foreign Policy, a także Forbes, czy dziennik Wall Street Journal, które nie mają wątpliwości, czy nasz kraj powinien należeć do tej grupy, ich zdziwienie budzi natomiast fakt, że polskie władze nie podejmują żadnych starań w tym kierunku. Także w opinii znanego, międzynarodowego koncernu doradczego EY (Ernst & Young) z siedzibą w Londynie, który przebadał tysiące powiązań instytucjonalnych, Polska „w sposób optymalny spełnia kryteria do członkostwa w G-20”…

To tylko nieliczne z palety przykładów świadczących o pustosłowiu Komorowskiego, przechwalającego się „wielkim sukcesem” w – jak mówi – „odbudowie znaczenia naszego kraju na arenie międzynarodowej”.

Jeśli dowodem na to znaczenie ma być bezprecedensowe w świecie polityki porzucenie przez premiera Donalda Tuska własnego rządu i kraju dla objęcia intratnej posady w Brukseli, że o fiasku jego interwencji w Berlinie o głębsze położenie niemiecko-rosyjskiego gazociągu, który blokuje dostęp większych statków do świnoujskiego portu nie wspomnę… - to pogratulować „sukcesów”.

Pojedynek kandydatów do najwyższego urzędu w państwie to nie jest okładanie się szaliczkami z piór marabuta. Doradcy Komorowskiego o tym nie zapomnieli. Wycofany Duda nie pozyska zdeterminowanego, młodego elektoratu Pawła Kukiza, którego nie interesuje ani letnia woda w kranie, ani budyń.

Podczas, gdy Komorowski pozwalał sobie nawet na ataki ad personam, Duda pozostał wyciszony, choć mógł nawet w sposób humorystyczny nawiązać do różnorakich „wyczynów” swego przeciwnika. Taktyka Komorowskiego jest prosta: z jednej strony chce się pokazać, jako ten mądry, rozważny, stateczny, uprzejmy, gotów do przeprowadzania przez ulicę skina i murzyna, z drugiej zaś strony jako osoba, która nie da sobie w kaszę napluć. Duda w formacie kieszonkowym nie zdoła wyeksmitować rywala z pałacu.

Nie chodzi o to, że było źle, że klapa, że kandydat PiS „został zmiażdżony”, lecz o to, że nie było najlepiej ani skutecznie, że także on nie „zmiażdżył”. W tematach krajowych Duda miał wszystkie atuty w ręku i również nie zdołał ich w pełni wykorzystać. Przykład? Jeśli Komorowski powtarzał jak mantrę tyle demagogiczne, co dla niezorientowanych chwytliwe zdanie, ileż to miliardów więcej wyłożył rząd PO-PSL na służbę zdrowia w porównaniu z rządem PiS, wystarczyło tylko odwołać się do analiz Brukseli, w których Polska przesunęła się w ostatnich latach na liście państw UE na szary koniec pod względem dostępności i jakości opieki zdrowotnej, oraz krytycznych opinii unijnych ekspertów wobec nieróbstwa polskiego rządu w tej kwestii. Pikantne szczegóły z życia można zobaczyć niemal w każdym dzienniku telewizyjnym, w których zrozpaczone rodziny proszą o datki na leczenie…

Podobnie rzecz ma się z problemem emigracji: powoływanie się Komorowskiego, że w czasach rządów PiS wyjechało więcej Polaków za chlebem niż obecnie, jest absurdalne. Jednak w odpowiedzi zabrakło wyraźnego podkreślenia faktu, że była to spuścizna po poprzednich rządach, nie zaś efekt krótkotrwałego sprawowania władzy przez partię kandydata Dudy, przytoczenia liczby emigrantów z dwóch kadencji PO-PSL i obecnego wyrażania chęci wyjazdu z kraju 1,2 mln młodych ludzi. Co prawda Duda próbował o tym mówić, ale wyszło mgliście.

Zmarnowana została też okazja na rzeczowe wyjaśnienie populistycznej, bezsensownej idei Komorowskiego, który obiecał stworzenie stu tysięcy subsydiowanych miejsc pracy dla młodych. Nie ma to nic wspólnego z gwarancją trwałego zatrudnienia, ani z rachunkiem ekonomicznym. Przeciwnie, jest to sprzeczne z zasadami zdrowej konkurencji, bowiem postawi firmy zatrudniające pracowników dotowanych przez państwo (czyli przez podatników), w uprzywilejowanej pozycji wobec innych przedsiębiorstw. Co więcej, naraża na niebezpieczeństwo utraty zatrudnienia pracujących na normalnych zasadach. Nie wybrzmiała też w studiu kwestia polityki podatkowej - adwersarz Komorowskiego nie przebił się dostatecznie mocno z argumentem o podpisaniu przez prezydenta podwyżek podatków, zabrakło przypomnienia, że za rządów PiS były one akurat obniżone, czy choćby stwierdzenia o skokowym zadłużeniu państwa w ciągu minionych ośmiu lat. Celne natomiast było przypomnienie dynamiki wzrostu gospodarczego wówczas i dziś, ale szkoda, że przy tej okazji nie padło ani jedno słowo o epatowaniu społeczeństwa gospodarczymi osiągnięciami poprzez… likwidację własnego przemysłu i w oparciu o środki płynące z Brukseli.

Warto przy tym pamiętać, że większości wyborców obserwujących takie debaty nie interesuje gąszcz danych, ani zawiłości prawne. W pamięci zapadają zdania, w rodzaju: doprowadziliście do sytuacji, w której młodzi, dobrze wykształceni Polacy z dyplomami wyższych uczelni mają do wyboru pracować jako kasjer w Tesco, sprzedawać ziemniaki w warzywniaku, czy za lepsze wynagrodzenie myć kufle w angielskich pubach albo plecy zniedołężniałym Niemcom - to nie jest dramatem…, jak stwierdziła pańska żona…?

Rozbieżności w ocenach, kto wygrał są uzasadnione: dla tych którzy mają dobre rozeznanie w polityce - wygrał Duda. Nie błyszczał, ale ma rację, także w tym, czego… nie powiedział. Według zwolenników zachowania wszystkiego po staremu, zwyciężył Komorowski. Postronni, w tym niezdecydowani i młodzi, oraz niezbyt zorientowani w polityce, ustawiają palec w poprzek. A to nie zapewni wygranej ani jednemu, ani drugiemu w dniu, gdy wszyscy pójdą, lub nie pójdą, do urn.

Mimo wszystko, większe szanse daję Andrzejowi Dudzie. W następnej debacie Bronisław Komorowski może próbować ugryźć kontrkandydata, jednak przede wszystkim będzie starał się stworzyć wrażenie „przyłapanego” na chęci pogłębiania współpracy, pierwszego rzecznika porozumienia i zgody, z której PiS rzekomo samo się wyklucza. Taktyka Dudy powinna zmierzać do tego, aby dowieść, że zmiana na lepsze jest konieczna i możliwa, a głosowanie nie jest – jak stwierdził - „obywatelskim obowiązkiem” lecz przywilejem każdego obywatela, który swoim głosem może współdecydować, kto i jak będzie sprawował władzę, kto i jak zatroszczy się o jego przyszłość i całego społeczeństwa.

Rozgoryczenie szkodzi, złość może być pomocna i twórcza. Pojedynek Komorowski-Duda nie został jeszcze rozstrzygnięty.

Nie będę ukrywał, że jestem za zmianą, za zastąpieniem zbutwiałych, pomagdalenkowych układów i struktur „dumnych ze swych życiorysów” przez młodsze, dobrze wykształcone i energiczne pokolenie.

Moja rada dla kandydata Andrzeja Dudy: nie zaczynać każdego zdania od: „panie prezydencie…”, nie powtarzać tego, co zostało już powiedziane minutę czy pięć minut wcześniej, ograniczyć wystudiowaną gestykulację, zachować opanowanie i bon ton, nie rozwlekać zdań i wypowiedzi, ripostować krótko i treściwie, ale mieć w zanadrzu parę bon motów. Rozliczenie z wykonania tego zadania przyjdzie już w dniu wyborów…

Najnowsze artykuły

Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu

Śledź nas na Google News

Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News

Dziękujemy za przeczytanie!

Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.

Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.

Autor

Wspieraj niezależne media Wspieraj niezależne media Wspieraj niezależne media

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych