Wybory prezydenckie 24 maja, to jak polowanie z nagonką

fot.YouTube
fot.YouTube

Obywatelska kalkulacja w tegorocznych wyborach; „lepsze spanie na sianie, niż na zlicytowanym tapczanie”. Wybory prezydenckie 24 maja, to jak polowanie z nagonką.

Każdy rozsądnie myślący wie, że nie da się wejść dwa razy do tej samej wody w płynącej rzece - by nie nabrać od razy przekonania, że to nie to samo. Urzędnikiem państwowym można być na różne sposoby; można myśleć że się jest dobrym prezydentem, albo na odwrót, czyli nie zastanawiać się co inni o mnie myślą, tylko działać i odnosić same sukcesy.

Prezydent Komorowski działał jak bierny obserwator życia towarzyskiego, nie interesując się w ogóle sprawami gospodarczymi państwa jako całości ekonomiczno-populacyjnej. Przez cały okres prezydentury bezrefleksyjnie ustępował rządowym (Tuska i Kopacz) propozycjom fiskalnym, ba jak sam wyznał, nie mógł przecież burzyć budżetu państwa. Szkoda tylko, że pomysłowość taka od razu uderzała po kieszeni przeciętnych obywateli, którym zgotowano dług publiczny na kształt spadającej manny z nieba. Nigdy gigantów finansowych typu Kulczyk Holding SA, czy parabanki jak Amber Gold.

Miał swobodną manierę strojenia dziecinnych min. Z tą samą pewnością siebie wzruszał ramionami nad losem polskich rodzin i przyszłych emerytów, którym zafundował terapię wiekową do 67 roku życia, na zasadzie żyj i pracuj a garb ci i tak sam wyrośnie. Stąd jego permanentny uśmiech na ustach, jakby przez cały ten czas występował, w roli statysty, w jakimś długometrażowym filmie. Co za różnica - kiedy siedzi się w wysokiej trawie nad płynącą rzeką - każdy rwący potok niesie ukojenie, a odczucie odosobnienia to kwestia przyzwyczajenia. Bywa, że człowiek zapomni się i tak przez całą noc w trawie przeleży. Myli się ten, kto uważa że życie w Pałacu różni się bardzo od życia nad rozlewiskiem. Tu i tam dochodzi do podobnych decyzji, wracać do domu i do ludzi,  czy leżeć swobodnie na plecach z wyciągniętymi nogami na łonie natury - z dwururką przy skroni, jak na myśliwego przystało.

Mieć zezowate szczęście, to nie to samo co nie mieć w ogóle. Oprócz szczęścia - w wysokiej trawie, nad rzeką - jest jeszcze fart. Można siedzieć godzinami i być niezauważonym przez nikogo. Wytrawni myśliwi mawiają - często dotyczy to osób w czepku urodzonych - że „Kto ma fart, ten jest mniej więcej tego samego wart”. Dla polskich rodzin nadszedł czas prawdy - tej gorzkiej. Okazuje się, że lepsze jest spanie na sianie, niż na zlicytowanym tapczanie. Miliony, bo już nie tysiące, Polaków goni w piętkę za złamanym groszem - byle związać te dwa uciekające końce. Jedno na czym muszą się dobrze znać, to na liczeniu. „Umiesz liczyć, licz na siebie?!” - mówi przysłowie. Nigdy na rządzących, a już na pewno nie na Bronisława Komorowskiego.

Polska raz ma, a innym razem nie ma szczęścia do przywódców. Częściej nie ma, niż ma. Nie ma praktyki w rozpoznaniu terenu - gubi się zaraz, jak tylko słońce kończy swój dzienny bieg. A przecież prawdziwe życie zaczyna się dopiero po czterdziestce. Życie polityczne to rodzaj syntetycznego (sztucznego) powonienia - bliżej mu do brudnej sadzawki, która częściej wysycha, a niżeli do górskiego strumyka. Lżej żyje się naturze, gdy nie musi sprostać trudnym wymaganiom człowieka. Podobny dylemat mają Polacy. Żyć jak Pan Bóg przykazał, czy od razu karczować ten las?

Wybory prezydenckie 24 maja, to jak polowanie z nagonką. Z jednej strony rzeka, wysoka trawa - i zmierzch, a z drugiej - las, tyraliera z ludzi, uciekająca zwierzyna i strach - wielki, dojmujący strach. Lecz nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, co czuje drugi człowiek, jak widzi przed sobą pędzący niewiadomy cień - np. uciekające w panice leśne zwierzę, złapane w potrzask.

Po ciężkiej nocy, jak ta, nastaje nowy dzień. Tlące ognisko butem przygarnia się do środka, by dogasło bezpiecznie w milczeniu. Strażnik ognia melduje:

Czas na nas! - Czy wszyscy są?

Chyba tak

— potwierdza niepewnie ktoś z tyłu.

A ten, co tak wczoraj darł się ze strachu, że go odyniec atakuje?

— dopytuje się pierwszy głos.

Zebrani spojrzeli po sobie, ale nikt nie odważył się zabrać głosu. Wiedzieli, że chodzi o tego samego, co mu wszędzie jest wygodnie, miło i dobrze. Pewnie zwinął się w derkę i znowu drzemie w zaroślach. Miał ponownie kandydować na prezydenta Polski, lecz przeleniwił swój dogodny czas nad rzeką, w towarzystwie tego co tak bardzo lubi. W zasadzie każdy ma słabość do pochrapywania i świętego spokoju. Wpierw rozejrzy się dookoła, obróci dwa razy wokół własnej osi, zegnie jedną nogę, potem drugą i pac na cztery litery. To tak jak małe koźle lub dopiero co narodzona sarenka. Z ludźmi jest podobnie. Wyjątek nie ma reguły. Reszta wyszła z głębi lasu i podążała w kierunku ludzkich osad. Jeszcze senni byli z niewyspania. Rozmawiali ledwie słyszalnym półgłosem, poklepując kolegę po ramieniu.

Ty, to chyba nowy jesteś?

— zagaił znany ze śmiałości „Oczko”.

Nie widziałem cię wcześniej, a strzelam już  od 5 lat!

— chwalił się.

Miło mi, że jestem w tak doborowym towarzystwie. - To było niesamowite przeżycie, pierwsze tego typu w moim życiu

— odparł zachęcony do rozmowy czterdziestoletni mężczyzna o okrągłej twarzy.

Na imię mam Andrzej, Andrzej Duda! - Przeczuwałem, że mogę trochę narozrabiać.

Wcale nie. To było naprawdę udane polowanie. - Też czułem, że może być inaczej niż zwykle. - Dostrzegłem to, jak pozwalasz mu zejść z linii strzału. - Wcześniej pierwszy tak postąpiłem, jak tylko łeb z nad trawy uniósł. - Wydał się tak piękny, że serce mi podeszło aż pod samą krtań. - Wiesz, czasami dzikie zwierzę to jak człowiek, nieprawdaż?

— dorzucił ten, co pierwszy zachęcił do rozmowy.

Antoni Ciszewski

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...