Kampania Bronisława Komorowskiego jest fatalna, ale… wielkie „ALE”

fot. PAP/Paweł Supernak/Facebook
fot. PAP/Paweł Supernak/Facebook

„Jak nie prowadzić kampanii wyborczej” – tak mogłaby się nazywać książka napisana przez sztabowców Bronisława Komorowskiego po wyborach prezydenckich. W tej kampanii popełniono chyba każdy możliwy błąd i to z pewnością nie koniec.

Przykładem wizyta pana Bronisława u Jakuba Wojewódzkiego, podstarzałego szołmena. Jeżeli prowadzi się kampanię w zaplanowany, racjonalny sposób, na samym początku ocenia się cechy kandydata i sprawdza, w jak dużym stopniu można go „ulepić”. Naginanie kandydata do potrzeb kampanii jest normalne, ale ma swoje granice. Jeżeli ma się kandydata starszego, to nie można robić z niego na siłę aktywnego fizycznie młodzika. Jeżeli kandydat zawsze był jastrzębiem, to nie można go na siłę wciskać w kostium pacyfisty. I tak dalej. To podstawy.

Podobnie podstawową zasadą jest, że kampanii nie można prowadzić od ściany do ściany. Nie można rano pokazywać kandydata jako nosiciela majestatu państwa, a wieczorem robić z niego luzackiego zioma, w zależności od wahnięć w sondażach albo aktualnego zapotrzebowania politycznego. Kandydat nie może jednego dnia stwierdzać, że konstytucję chcą zmieniać tylko polityczni frustraci, a tydzień później proponować mało przemyślane zmiany w ustawie zasadniczej. Szczególnie gdy prawdopodobnie po raz pierwszy mamy do czynienia z wyborami, o których rezultacie w znacznej mierze rozstrzygnie internet, a ten, jak wiadomo, nie zapomina i w ogromnej mierze zmienił sposób kształtowania sobie opinii o kandydatach przez wyborców.

Znaczna część wyborców – szczególnie tych spoza twardych elektoratów, które z zasady są bardziej odporne – jest wrażliwa na hipokryzję i fałsz, nawet jeżeli nie potrafią tych odczuć ukonkretnić. Pod tym względem (i nie tylko pod tym) bardzo pouczającą lekturą jest wywiad Roberta Mazurka z Krzysztofem Stanowskim – sportowym dziennikarzem, który światopoglądowo jest bardzo ode mnie daleko, ale stać go na samodzielność myślenia i potrafi wyciągać wnioski. W „Rzeczpospolitej” bardzo racjonalnie tłumaczy, dlaczego w I turze głosował na Pawła Kukiza, a w II zamierza głosować na Andrzeja Dudę. I ten głos jest dla Dudy prawdopodobnie więcej wart niż 100 tekstów w sprzyjających mu mediach.

CZYTAJ TEŻ: „Zagłosuję na Dudę. To szokujące dla mnie samego, bo nigdy nie podejrzewałem, że mogę zagłosować na jakiegokolwiek kandydata PiS”- mówi komentator sportowy Krzysztof Stanowski

Ale – i jest to wielkie „ale” – wszystko to nie oznacza, że Andrzej Duda ma wygraną w kieszeni i przed takim myśleniem przestrzegałbym mocno sztab kandydata opozycji. Wydaje się zresztą – sądząc po wypowiedziach jego przedstawicieli – że zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie stwarza triumfalizm. Do niedawna twierdziłem, że Bronisław Komorowski ma wciąż większe szanse na zwycięstwo niż Andrzej Duda. Dziś powiedziałbym bardzo ostrożnie, że szanse się niemal wyrównały, ale jeżeli opozycja zamierza te wybory wygrać, powinna działać cały czas tak, jakby Komorowski utrzymywał kilkupunktową sondażową przewagę.

Zadziwiająco, wręcz kuriozalnie fatalna kampania urzędującego prezydenta wzięła się w dużej mierze właśnie ze zlekceważenia przeciwnika. Gdy czytam, jak sympatycy Dudy już świętują wygraną i dzielą skórę na niedźwiedziu, obawiam się, że nie wyciągnęli wniosków z sytuacji.

Najnowsze artykuły

Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu

Śledź nas na Google News

Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News

Dziękujemy za przeczytanie!

Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.

Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych