Trudno oprzeć się wrażeniu, że medialne środowisko popierające Bronisława Komorowskiego powoli spuszcza nad nim zasłonę zażenowanego milczenia.

Z drugiej strony trzeba przyznać, że prezydent w ekspresowym tempie traci kontakt nie tylko ze swoim otoczeniem, lecz również z rzeczywistością. Sztab zafundował prezydentowi urzędniczkę-suflerkę, która podczas spacerów po stolicy mamrocze mu do ucha, co ma ludziom mówić, a nawet w którą stronę się obrócić. Jednak to nie pomaga, bo żaden sztab ani żadna podpowiadaczka nie są w stanie przewidzieć, o co ludzie zagadną prezydenta. Niestety, o cokolwiek zagadną, to kandydat „obywatelski” wykłada się jak długi. Im bardziej brnie w lud warszawski, tym mniej sensu w jego dywagacjach. BOR już się nie wyrabia z odpychaniem ludzi od pana Bronisława.

W takim stanie rzeczy nie można się dziwić, że i Gazeta Wyborcza położyła kreskę na swoim ulubionym mężu stanu i zajęła się tym, co kocha najbardziej, czyli tropieniem polskiego faszyzmu. Jak wiadomo, faszystowska zaraza lęgnie się wszędzie, a w polityce szczególnie. Na ten trudny wyborczy czas, kiedy Jarosław Kaczyński oraz Antoni Macierewicz tylko milczą nienawistnie, gauleiterem polskiego faszyzmu mianowano Grzegorza Brauna, którego poparło parę dziesiętnych jednego procenta wyborców, ale to żadne usprawiedliwienie w oczach prawdziwego antyfaszysty. Tym bardziej, że za faszystą ujął się sąd, który Gazecie Wyborczej nakazał przeprosić Brauna. Podobnej traumy moralnej antyfaszyści nie przeżywali od czasów pożaru Reichstagu, więc ogłosili brunatny alarm. Z czołówki zniknął zatem Komorowski, a zagościł Braun, bowiem nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Braun jeszcze nie jest przedstawiany na tle swastyki, ale tylko patrzeć.

Również redaktor Tomasz Lis mocno podwinął ogon, gdy wpływowy przedstawiciel ludu semickiego zarzucił mu antysemityzm. W języku młodzieżowym to się nazywa „trafić kogoś centralnie”. Gdzie teraz Lisowi w głowie kłopoty Komorowskiego, kiedy musi ratować własną reputację postępowego liberała? Jakby mało było jednego nieszczęścia, to ujawniono opinii publicznej, iż za Lisem ujął się amerykański ambasador. W ten sposób Lis jest spalony w środowisku światowego postępu – nie dość, że antysemita, to jeszcze faworyt amerykańskiego imperializmu. Obcego mocarstwa! - jak to kiedyś wyraził niezapomniany Paweł Graś. Cóż za fatalny obrót losu! Wiemy przecież skądinąd, że od imperializmu dzieli faszyzm jedynie cienka brunatna linia. Nic, tylko się pochlastać. Lis jeszcze zamieszcza antypisowskie fantasmagorie na okładkach swojego tygodnika, ale to wyłącznie wtórne pomysły, po raz kolejny poronione.

Największym bólem głowy środowisk popierających Bronisława Komorowskiego okazało się wyjście prezydenta do ludzi. Kiedy chował się w pałacu i pokazywano go w migawkach z różnych spotkań i uroczystości; kiedy mówił wyłącznie z kartki albo wykutym na blachę tekstem, to jakoś mu uchodziło, chociaż i to nie zawsze. Towarzyszyła temu staranna oprawa medialno-propagandowa kreująca go niemal na męża opatrznościowego, zaś w porywach na ojca narodu. Tym bardziej bolesne było zderzenie wykreowanego obrazu z rzeczywistością, wręcz katastrofalne nie tylko dla jego wizerunku, lecz także dla środowisk, które ów fałsz lansowały.

Przecież wszystko, co on plecie teraz, obraca się przeciwko jego protektorom medialnym i politycznym. Żenująca skwapliwość z jaką zmienił poglądy, nawet nie z dnia na dzień, lecz z wyborczego zmierzchu na świt powyborczy, musi zawstydzać także jego sponsorów. Ale to nie wszystko – na widok publiczny wychodzi, że po prostu zakłamywali rzeczywistość.

Inteligentny i wykształcony prezydent Rzeczpospolitej

—pisała kiedyś Aleksandra Klich w Gazecie Wyborczej.

Przecież dzisiaj takie dictum wywołuje głuchy drwiący śmiech na sali. Bowiem w rzeczywistości do ludzi wychodzi ociężały, gburowaty jegomość z wymuszonym grymasem uśmiechu, który ma trudności ze skleceniem logicznego zdania; nie potrafi przemówić bez kartki, popadający z lada powodu we wściekłość; rywali traktujący z rozdrażnioną wyższością.

Nie jest w stanie nic sensownego spotkanym obywatelom zaproponować, gubi się w najprostszych kwestiach. Nie zdaje sobie sprawy z wagi wypowiadanych pospiesznie sądów i ocen, obrażając inteligencję swoich zwolenników, lecz i medialnych protektorów. Zdesperowanym niskimi zarobkami ludziom proponuje, żeby wzięli sobie kredyt. W panicznym pośpiechu usiłuje zmieniać konstytucję, niepomny, że kilka dni wcześniej zwolenników zmian w konstytucji wyzywał od frustratów. Media popierające prezydenta nie ośmieliły się transmitować jego zeznań w sprawie dziennikarza Sumlińskiego, bo dobrze wiedziały, że kompromitacja Komorowskiego będzie totalna. I była – prezydent zaprezentował tam totalną amnezję, a gdy już nie miał wyjścia, to potwierdził jako szczerą prawdę dwie kolejne i wzajemnie przeczące sobie wersje własnych zeznań w prokuraturze.

Kampania Komorowskiego od początku nie była zborna, teraz w mediach wyraźnie straciła moc, tempo i rytm. Jak tu grać, czym tu straszyć? – zdają się pytać propagandziści, skoro faworyt po prostu nie daje szansy na jakąkolwiek sensowną narrację.

Głupstwa czynione przez prezydenta są tak liczne i znaczące, że przebijają się przez wszelkie, przygotowane tę okoliczność przykrywki. Nie da się straszyć Kaczyńskim, jeśli publika kona ze śmiechu na widok Komorowskiego. A on codziennie i pracowicie dostarcza powodów, żeby publika radośnie chichotała. Każdy z tych powodów jest obosieczny – uderza w samego kandydata, lecz równie mocno obnaża fałsz pracowicie wykreowanego na użytek publiczny wizerunku. To się przekłada na spadek wiarygodności mediów, a za tym nieuchronnie idzie finansowa niepomyślność. Na nic zda się najlepsza suflerka za prezydentem, skoro przed nim kroczy jego nieodrodny towarzysz Obciach.