Wybitny, a w dodatku mój ulubiony, jak setek tysięcy innych Polaków, aktor Marian Opania, podobnie jak ks. Wojciech Lemański, używany jest przez „Gazetę Wyborczą” jako polityczne mięso armatnie do strzelania w PiS i Jarosława Kaczyńskiego. Oczywiście nieświadomie. Jest prawdopodobnie przekonany, że Gazeta Michnika robi z nim wywiad, bo tak go ceni jako aktora i intelektualistę. Prawda zaś jest gorzka. Nazwisko aktora i związany z jego artystycznym dorobkiem prestiż wykorzystywany jest do tego, żeby zwiększyć szansę na zwycięstwo Komorowskiego w majowych wyborach prezydenckich, a Platformy Obywatelskiej w jesiennych do parlamentu.
Nie chcę wprowadzać fałszywych tonów do tego komentarza, ani odgrywać jakiejś pruderyjnej, taniej komedyjki, mówiąc, że drę włosy z rozpaczy nad upadkiem tak świetnego aktora, który jak dziecko dał się w manewrować w samo centrum ostatniego etapu kampanii prezydenckiej. Że ubolewam, nad jego krokiem, którego celem jest ogrzanie się w wątpliwej jakości ciepełka władzy. Że rozdrabnia i rozprasza na niewiele warte, iluzorycznej wartości zaszczyty, aby otrzeć się niczym kot o nogi swego pana, o cień ludzi najwyższej władzy. Biorąc pod uwagę aktorski kunszt Mariana Opani, jego wspaniałe poczucie interpretacji każdego słowa w piosence kabaretowej, lirycznej, poetyckiej, w scenicznym dramacie czy komedii, a także osobisty urok jako człowieka, to ludzie władzy winni zabiegać o zdobycie jego uznania, składać mu należny szacunek, a nawet stonowany hołd. Czemu więc on umizguje się do władzy? Po co mu jakieś komitety poparcia, wszystko jedno jakiej partii, jakiego polityka? Nic na tym nie zyskuje. Odwrotnie, tylko traci. To nie znaczy, że nie może interesować się polityką, mieć własnych preferencji i sympatii i antypatii politycznych. Byłoby może nawet nienaturalne i sztuczne, gdyby próbował żyć w sterylnym świecie, pozbawionym polityki.
Nikomu nic do tego – i mnie również – jeśli kocha albo uwielbia Tuska, Komorowskiego, czy Ewę Kopacz. Ale to winny być jego osobiste, prywatne sprawy. Nie mają się one przecież nijak do jego zawodu, pasji i talentu.
Na scenie, w tym co robi, zwykle jest znakomity, czasami genialny. Coś niedobrego się z nim dzieje, gdy zaczyna rozprawiać o polityce. Na pierwszy plan przebija się wtedy jego naiwność, która przeistacza się w formę głupoty lub kabotynizmu. Nie wierzę, że świadomie udaje głupiego.
Zagram wszystko, oprócz tego „co by komukolwiek torowało drogę do władzy. Dlatego nie mogę przyjąć propozycji wcielenia się w rolę Lecha Kaczyńskiego w filmie Antoniego Krauzego „Smoleńsk”
– mówi Opania.
Komu ten film miałby utorować drogę do władzy? Wykonawcy roli prezydenta Kaczyńskiego, czyli samemu Opani, zakładając, żeby grał tę rolę? Reżyserowi? Producentowi? Wiemy wszyscy, że akurat sytuacja jest odwrotna. Film już teraz jest przez władzę niechciany, potępiany, w jakimś stopniu bojkotowany. Świadczy o tym m.in. odmowa PISF o jakimkolwiek dofinansowaniu produkcji filmu. Jakie więc premie ze strony obecnej władzy i establishmentu czekają na ludzi zaangażowanych w robieniu tego filmu? Kopniaki i razy – tylko i wyłącznie. Przynajmniej w Polsce.
Po chwili kolejna niedorzeczność pojawia się w tym wywiadzie:
Dlaczego nie mogę zagrać prezydenta? Ano nie! Bo kiedy jest ten film robiony? No właśnie teraz, przed kampanią jesienną. I wiedziałem, że tak to właśnie będzie
– mówi artysta.
Zapytam więc świetnego aktora Mariana Opanię:
Jakie ma znaczenie, kiedy jest film kręcony? Czy w czasie kampanii wyborczej czy nie? Istotny może być jedynie moment wejścia na ekrany. Wiadomo zaś od początku było, że nie ukaże się wcześniej niż za rok.
Część innych złotych myśli Mariana Opani została już skomentowana na tym portalu, więc na tym poprzestanę. Muszę jednak coś istotnego sprostować.
Otóż Szanowny Panie Artysto, w rozmowie z „Gazetą” dowcipnie mówi Pan o Jarosławie Kaczyńskim, zdrabniając jego imię ironicznie na Jaruś, tu cytuję Pana : - o pewnym rodzaju wdzięku Jarusia, jego inteligencji i sposobie mówienia „Polskom naszom”.
Otóż, lidera PiS znam ponad 25 lat i wielokrotnie z nim rozmawiałem, nie tylko od święta. Niech Pan sobie wyobrazi, że ma taki dziwny sposób mówienia, w którym wyraźnie zawsze słychać jedynie „Polską naszą”. Musiał go Pan pomylić z kimś innym. Może z kimś z Platformy?
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/242979-opania-w-objeciach-organu-platformy-czyli-gazety-michnika
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.