Spodziewam się wielu bardzo „sympatycznych” publikacji na mój temat. Ale nic mi nie mogą zrobić! Opluli mnie na tysiąc sposobów, niszczyli tak, jak tylko mogli. Przetrwałem to i już się ich nie boję. Gardzę nimi! Gardzę tymi kłamcami! Nie dbam o to, ale oczywiście każde kłamstwo będę tropił sądownie. Bo już dosyć tego! Długo to znosiłem. I te anonimowe e-maile i te ataki „Wyborczej” i innych. Będę się bronił na wszystkie możliwe sposoby. Wstałem z kolan i nie dam więcej sobą pomiatać! Natomiast normalni ludzie rzeczywiście udzielają mi mnóstwo wsparcia

— mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl Wojciech Sumliński, autor książki „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego”.

wPolityce.pl: Z jakim przyjęciem spotyka się pana książka?

Wojciech Sumliński: Nad wyraz pozytywnym. Nie spodziewałem się takiego przyjęcia. Na prapremierze w Częstochowie było ponad 400 osób. Na premierze – ponad 500. W Chicago, gdzie byłem, ludzie nie mieścili się w sali na pół tysiąca osób. Tak mógłbym mnożyć. Nawet w małym Milanówku zjawiło się na prezentacji książki prawie 400 osób. Jak mówili organizatorzy, dotąd nie mieli takiej frekwencji na żadnym spotkaniu, a organizują je od lat. Nigdy żadna moja książka nie spotkała się z takim przyjęciem. Widzę wiele życzliwych odniesień. Ludzie udzielają mi słów wsparcia, proszą, żebym się nie załamywał, żebym się trzymał. Mówią, że są ze mną, że modlą się za mnie, że ta książka daje im bardzo dużo, że jesteśmy razem.

Obserwuje pan również reakcje napastliwe?

Oczywiście rozpoczęły się przygotowania do ataku na mnie. Podobnie jak przed przesłuchaniem prezydenta, kiedy „Gazeta Wyborcza” poświęciła mi sześć artykułów, jeden po drugim, w tym trzy dwukolumnowe, wszystkie rozpoczynające się na pierwszej stronie, teraz też zaczynam odczuwać takie ataki. Już spływają do mnie e-maile od różnych „sympatycznych” jegomościów.

CZYTAJ TAKŻE: WSI, Pro Civili i podejrzani Rosjanie. „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego”. Sumliński opowiada o czarnych kartach w życiorysie prezydenta. NASZA RELACJA z promocji książki

Czy są to e-maile z pogróżkami?

Po ich przeczytaniu – gdyby nie moje doświadczenie – wybuchnąłbym śmiechem. To e-maile takie same jak te, które już kiedyś były rozsyłane po wszystkich moich kolegach. W 2011 r. napisałem książkę „ Z mocy bezprawia”. Wymieniłem wtedy 50 osób, które wsparły mnie na różnym poziomie – od solidarności ludzkiej po bardzo wymierną pomoc, bo przez dwa lata nie pracowałem, dochodziłem do siebie. Byli to dziennikarze – m.in. Bogdan Rymanowski, Krzysztof Skowroński, Jan Pospieszalski – księża i wiele innych osób. Każdy z tych ludzi dostał oszczerczego, bandyckiego e-maila pt. „Czy warto bronić Sumlińskiego”. Autor był anonimowy, a konkluzja taka, że Sumliński to przestępca, przyjaciel WSI, malwersant itd., itd. Teraz ta sytuacja się powtarza. E-maile znów są rozsyłane. Dostałem kilka pytań od „sympatycznych” dziennikarzy, m.in. od Grzegorza Jakubowskiego z kompanii Tomasza Lisa, który znowu mi insynuuje, że jestem przyjacielem WSI, malwersantem, hochsztaplerem. Spodziewam się wielu bardzo „sympatycznych” publikacji na mój temat. Ale nic mi nie mogą zrobić! Opluli mnie na tysiąc sposobów, niszczyli tak, jak tylko mogli. Przetrwałem to i już się ich nie boję. Gardzę nimi! Gardzę tymi kłamcami! Nie dbam o to, ale oczywiście każde kłamstwo będę tropił sądownie. Bo już dosyć tego! Długo to znosiłem. I te anonimowe e-maile i te ataki „Wyborczej” i innych. Będę się bronił na wszystkie możliwe sposoby. Wstałem z kolan i nie dam więcej sobą pomiatać! Natomiast normalni ludzie rzeczywiście udzielają mi mnóstwo wsparcia.

Porusza pan bardzo ważne sprawy dotyczące biografii Bronisława Komorowskiego – prezydenta i kandydata na prezydenta. Dlaczego media głównego nurtu, a także instytucje państwowe, nie podejmują tych wątków?

Czasami pytają mnie ludzie, dlaczego ja w ogóle jeszcze żyję. Bo jeżeli piszę prawdę - a piszę prawdę, każde zdanie w mojej książce jest prawdą, nie mogę sobie pozwolić na pisanie nieprawdy, bo poległbym, zniszczono by mnie w okamgnieniu – to dlaczego jeszcze żyję… A dlaczego organa państwa nie reagują? Jest jeden powód - przyjęto na mnie taktykę „na zaciszenie”. Gdyby mi spadła na głowę cegła w drewnianym kościele, to opinia publiczna skupiłaby na mnie uwagę, bo dziennikarzowi coś się stało. Gdyby próbowano aresztować nakład książki, też by to skupiło uwagę opinii publicznej. Na wszelki wypadek drukujemy ją w Czechach… Takie działania prowadzone przeciwko mnie, jawne bądź skryte, ale przestępcze lub paraprzestępcze, czy restrykcyjne ze strony organów państwowych, mogłyby spowodować, że po moją książkę sięgnęliby ludzie, którzy w innym wypadku by tego nie zrobili. Zastanowiliby się cóż to za książka, która wywołuje taką furię, że niszczą jej autora. Przyjęto więc na mnie, jak sądzę, metodę „ zaciszyć go”, udać, że książki nie ma, że tego człowieka nie ma. Może kupi to kilkadziesiąt tysięcy osób, możemy wpisać to w koszty – tak myślą ci panowie. Dlatego, na razie, próbują mnie zmarginalizować „zaciszyć” na śmierć. Udając, że mnie nie ma i książki nie ma.

Czy to skuteczna taktyka?

Jej realizacja będzie coraz trudniejsza. Bo książka, ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, przebiła się we wszystkich czołowych sieciach księgarskich. Jest numerem jeden, w kategorii bestsellerów, w sieci EMPiK. Wśród wszystkich książek – kucharskich, wojennych, biograficznych i innych. Taką samą pozycję miała w sieci Matras, ale wyczerpał się nakład i w tej chwili czekamy na dodruk. Widzę więc, że coraz trudniej będzie tę książkę „zaciszyć”, a to może z kolei rokować podjęcie wobec mnie jakichś działań restrykcyjnych. Takich lub innych. Na pewno będzie opluwanie mnie – jestem pewien, że zostanie to przeprowadzone na wielką skalę przez różne „sympatyczne” gadzinówki. Natomiast czy będą podjęte jakieś działania skryte – czas pokaże. Na ten moment przyjęto wobec mnie taktykę „zaciszyć”. „Zaciszyć” książkę, udać, że jej nie ma, udać, że nie ma Sumlińskiego, udać, że nie ma tego, o czym on w swojej książce pisze. A stawiam tam bardzo śmiało tezy, które jestem w stanie udowodnić przed każdym uczciwym sądem. Na razie jest ze mną trochę tak, jak z Roberto Saviano, autorem głośnej książki „Gomorra”. Wspominał on, że gdy ukazało się 50 tys. egzemplarzy tej książki, to nic się nie działo. Gdy 100 tys. – otrzymał groźby śmierci. Gdy nakład przekroczył milion – musiał wyjechać do Wielkiej Brytanii, gdzie do dziś mieszka pod zmienionym nazwiskiem.

W którym miejscu tego procesu pan się znajduje?

Jestem na tym etapie, gdzie jeszcze daje się mnie „zaciszyć”. Natomiast gdyby coś miało mi się stać, to by oznaczało, że rzeczywiście przekroczyłem ten etap i miałbym wątpliwą satysfakcję. Satysfakcję dlatego, że udałoby mi się dotrzeć do wielu ludzi, a to jest moim celem. A wątpliwą dlatego, że bym tego nie zobaczył.

Czy mimo tej strategii „zaciszania”, pana książka może wpłynąć na ocenę Bronisława Komorowskiego, a przez to na wynik wyborów prezydenckich?

Nie pisałem tej książki na wybory. Chcę to podkreślić. Nie jest to książka biograficzna. To książka, która jest zapisem mojego reporterskiego śledztwa. Zaczyna się ono w grudniu 2006 r. od rozmowy z oficerem Centralnego Biura Śledczego. Opowiedział mi on o niezwykłym dochodzeniu dotyczącym dyrektora IV oddziału banku PKO BP. Dyrektor ten miał strzelać do siebie trzy razy, przy czym już pierwszy strzał był śmiertelny, a trzeci był oddany z kilku metrów. I uznano to za śmierć samobójczą. Taki absurd. Krok po kroku oni szli dalej w tym swoim śledztwie, aż doszli do MON i Bronisława Komorowskiego. I wtedy się zaczęło piekło. Opisuję historię jak otrzymałem pierwszą informację od oficera CBŚ. A potem cofam się w czasie, poznając postać prezydenta od takiej strony, od jakiej nie poznał go nikt. Myślę, że paradoksalnie miałem takie możliwości, jakich chyba nie mieli inni dziennikarze. Bo pracowałem – o co wielu miało do mnie pretensje – na pierwszej linii. Jako jedyny dziennikarz poznałem cały zarząd Pruszkowa [mafii pruszkowskiej – red.], wtedy gdy na ulicach wybuchały bomby. Poznałem oficerów WSI, udając „misia”, który chce się z nimi zakolegować, a tak naprawdę cały czas miałem na celu wydobycie informacji o sprawie ks. Jerzego Popiełuszki, rozwalaniu tej mafii. Opublikowałem w Telewizji Polskiej trzy reportaże, mające półtoramilionową widownię, gdzie pokazywałem WSI jako organizację przestępczą. Oni wtedy dopiero zrozumieli, że chcieli mnie wykorzystać, a tak naprawdę to ja wykorzystałem ich. Pracowałem na pierwszej linii. To było morze pełne rekinów. I ja z tymi rekinami pływałem. Nie oglądałem ich przez szybę, tylko z nimi pływałem. Dzięki temu miałem możliwość zajrzenia tam, gdzie wiele osób nie mogło zajrzeć. I odkryłem Bronisława Komorowskiego od takiej strony, od jakiej nie odkrył go nikt. Ta książka jest uczciwym tego zapisem. To nie jest tak, że ja sobie wystawiłem wizerunek pana Komorowskiego i myślałem co by tu na niego znaleźć. Absolutnie tak nie było. To książka, którą pisałem najuczciwiej i najszczerzej jak tylko mogłem. Nie chciałem pisać jej na wybory. Rok temu ją zapowiadałem. Miała wyjść w styczniu, może nawet w grudniu. Ale tyle rzucano mi kłód po nogi, tak mi niszczono informatorów, tak ich zastraszano – dwie osoby wyjechały za granicę, czekają na wynik wyborów, bo się po prostu bały. Ktoś mnie zapyta dlaczego ta książka ukazała się w kwietniu. Ja bym odpowiadał: to co, miała ukazać się w czerwcu? Wtedy dopiero ludzie mogliby mieć pretensje i mogliby mnie pytać: dlaczego pan wcześniej tego nie napisał, być może podjęlibyśmy inną decyzję. Nie jest to książka pisana na wybory, bo myślę, że będzie się ją ciekawie czytało i za rok, i za pięć lat. To zapis rzeczywistości. Napisałem tę książkę, bo od wielu lat przyświeca mi motto: lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć. Nawet jeśli ta wiedza jest dla nas bardzo przykra.

Rozmawiał Jerzy Kubrak