Zbigniew Brzeziński radzi starej ojczyźnie, jak powinna się zachować wobec rosyjskiej agresji. Po pierwsze, zbroić się, pod drugie, zbroić się, po trzecie zbroić się! Po co? Abyśmy byli w stanie „jak najdłużej bronić się sami”, powiedział nasz rodak zza oceanu na użytek „Dziennika Gazety Prawnej”.

Nie ma co zwlekać, bo przecież widać jak na dłoni, że:

„Rosja prowadzi teraz ekspansywną politykę i każdy scenariusz jest, niestety, realny”

— stwierdził były doradca prezydenta USA Jimmy’ego Cartera i podobno trochę też Baracka Obamy. Brzeziński odwołuje się do nie tak odległych doświadczeń byłych sowieckich republik Estonii, Łotwy i Litwy, których dzisiejsze obawy o powtórkę z historii są jak najbardziej uzasadnione. Jednym zdaniem:

„Polska powinna się zbroić, kupować sprzęt, modernizować i zwiększać armię”,

— podsumował. Czyli, żarty się skończyły. Niby należymy do NATO, w którym w razie czego „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, ale sam Brzeziński niezbyt wierzy w tę sojuszniczą determinację, bo są tacy, którzy woleliby nie kłócić się z Rosją. Jeśli wziąć także pod uwagę wypowiedź prezydenckiego doradcy np. sprzed dwudziestu lat, można dopatrywać się w nich pewnej konsekwencji. W 1994 r. Brzeziński wywodził na łamach renomowanego periodyku „Foreign Affairs”:

„Rosja może być albo imperium albo demokracją, ale nigdy jednocześnie i jednym i drugim”.

Tyle, że po drodze opinie wygłaszane przez Brzezińskiego nie były aż tak jednobrzmiące. Inny imigrant-doradca do spraw bezpieczeństwa USA, urodzony w Niemczech w żydowskiej rodzinie, były sekretarz stanu Henry (właściwie Heinz) Kissinger, stwierdził kiedyś dosadnie:

„Brzeziński to dziwka. Jest po każdej stronie w każdej sprawie. Napisał książkę o >>pokojowym zaangażowaniu<<, a teraz, gdy robimy większość z tego, o czym mówił w książce, oskarża nas o słabość”.

Generalnie chodziło o rolę Ameryki w polityce światowej i jej stosunek do Rosji właśnie. Brzeziński przedstawił swoje poglądy na ten temat także w wydanej przed trzema laty książce pt. „Strategiczna wizja. Ameryka a kryzys globalnej potęgi”. Zastanawia się w niej, co powinny robić Stany Zjednoczone, aby utrzymać prymat w polityce globalnej. Jak napisał:

„Potęga Ameryki jest niezrównana. Może to nie trwać bardzo długo, ale jest dziś faktem życia międzynarodowego. Unia Europejska może konkurować o miejsce drugiej światowej potęgi, ale będzie to wymagać silniejszej unii politycznej, ze wspólną polityką zagraniczną i wspólnym potencjałem obronnym”.

Zdaniem Brzezińskiego, USA powinny starać się być przywódcą Zachodu z wyboru państw sojuszniczych. Fakt, Europa nie ma własnej, spójnej polityki zagranicznej, ani obronnej, ale już transatlantycki monolit po wsze czasu brzmi jak utopia, czego najbardziej wymownym dowodem było pęknięcie „starej” i „nowej” Europy na marginesie interwencji zbrojnej USA na Bliskim Wschodzie. Swego czasu Kissinger pokpiwał: „…dajcie mi telefon do ministra spraw zagranicznych Europy!” i miał rację: wprawdzie funkcja „wysokiego przedstawiciela UE” już istnieje, ale tylko funkcja. Francja, Niemcy, a także Włosi, Hiszpanie, czy Grecy maja własną strategię wobec Rosji, która de facto niewiele różniła się od początkowego resetu samego prezydenta Obamy. Zbigniew Brzeziński, cieszący się opinią jednego z najwybitniejszych sowietologów, zaproponował w swej książce stworzenie przez Amerykanów wespół z Rosją… „euroazjatyckiej przestrzeni”, jako kontrapunktu dla rosnącego znaczenia Chin. Można spytać, gdzie Rzym gdzie Krym? Gdy Brzeziński pisał swą „Strategiczną wizję”, Półwysep Krymski należał jeszcze do Ukrainy… Czy rosyjski neoimperializm był trudny do antycypacji? Prezydent Władimir Putin bynajmniej nie ukrywał, że rozpad ZSRR był dla niego „największą katastrofą w dziejach Rosji”. Dziś, po aneksji Krymu i trwającym wciąż pochodzie „zielonych ludzików” przez wschodnie tereny Ukrainy Putina wielbi niemal cały rosyjski naród. Bardziej niż prof. Brzeziński nie można było pomylić się w ocenie postawy społeczeństwa Rosji:

„Rosnąca liczba Rosjan zaczyna mieć świadomość, że fundamentalna zmiana rosyjskiej relacji z Zachodem może leżeć w długofalowym interesie kraju”…

—utrzymywał Brzeziński w swojej ostatniej książce. Jak i co „leży” w interesie Rosjan, to widać także w oficjalnej doktrynie obronnej Kremla, w której USA jest ich wrogiem numer jeden. Czyżby prof. Brzeziński przeoczył w 2008 r. berlińską propozycję prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa, nazywanego w kuluarach polityki „Liliputinem”, który chciał budować w miejsce NATO nowy sojusz „od Vancouver do Władywostoku”, a który był jedną z wielu prób rozbicia monolitu Zachodu, gdyż miał „porządkować” współpracę pomiędzy trzema podmiotami: Rosją a Unią Europejską i odrębnie Ameryką Północną? Jak dopowiadał Putin, chodziło o „stworzenie w sferze bezpieczeństwa jednolitej, niepodzielnej przestrzeni”, w której żadne państwo nie będzie umacniać swego bezpieczeństwa kosztem innych. W kwestii formalnej, Rosja zgłosiła tę inicjatywę na dwa miesiące przed uderzeniem na Gruzję oraz zajęciem Abchazji i Osetii Południowej…

Nieco później, dokładnie w listopadzie 2010r. „przejściowy” premier Putin złożył a tekście napisanym dla niemieckiego dziennika „Süddeutsche Zeitung” kolejną propozycję - budowy „harmonijnej wspólnoty gospodarczej od Lizbony po Władywostok”. Miałby to być nowy, „kontynentalny rynek o wartości bilionów euro” - zachęcał - „strategiczny sojusz, oparty na konglomeracji potencjału technologicznego i surowcowego Rosji i UE”. Pierwszym krokiem w tym kierunku miały być dwa gazociągi Nord Stream i South Stream, dzięki którym „kontynent europejski otrzyma zdywersyfikowany i elastyczny system zaopatrzenia w gaz ziemny”:

„Nie mam najmniejszych wątpliwości, że wówczas wszelkie sztuczne problemy w sferze energii będą należeć do przeszłości”

— pisał Putin do niemieckich przyjaciół. Przy okazji apelował, że „prawdziwe partnerstwo” nie będzie możliwe dopóty, dopóki „utrzymywany jest obowiązek wizowy między Rosją i UE”, oraz zapewniał solennie, że zbliżenie wspólnoty i jego kraju „nie byłoby wymierzone przeciwko komukolwiek”.

„Dziś, w nowych historycznych okolicznościach, mamy szansę zbudowania wspólnej i prosperującej Europy”,

— kończył swój elaborat „publicysta” Putin. Czy niedawna, książkowa strategia Brzezińskiego, w kwestii przejęcia przez Amerykanów roli głównego budowniczego nowej, euroazjatyckiej przestrzeni polityczno-gospodarczo-obronnej, miałaby być dowodem siły, czy też raczej słabości USA? „Komentarz może być dowolny, ale fakty są świętością”, mawiał twórca brytyjskiego „Guardiana” Charles Prestwich Scott. W świetle faktów prof. Brzeziński ostrzega dziś, że zajęcie Tallina czy Rygi zajęłoby Putinowi „dosłownie jeden dzień”. Jak uważa, Zachód powinien zdobyć się na działania „odstraszające”, tzn. zwiększyć swą prezencję w krajach bałtyckich i w Polsce, oraz dostarczyć Ukrainie broń „o charakterze obronnym”.

Ot, takie przedwielkanocne jajeczko do połowy nieświeże. Jak wiadomo, jajo może być świeże lub nieświeże tylko w całości. Niby świeże podsuwane aktualnych zdarzeń przez Brzezińskiego brzydko pachnie w samym punkcie wyjścia: Ukraińcy mają się bronić, lecz bez broni „śmiercionośnej”, a Zachód ma wysłać do Rosji sygnały, że o członkostwie w NATO Ukraina nie ma co marzyć. Powinna być natomiast poddana „finlandyzacji”… - sugeruje Brzeziński, dzięki czemu staje się współautorem nowego pojęcia ograniczonej państwowej niepodległości, niezależności, suwerenności, międzynarodowej solidarności itd. itp. Jak notabene sam argumentował w „Dzienniku Gazecie Prawnej”: „Niedawno przy okazji rocznicy aneksji Krymu odbyła się wielka manifestacja w Moskwie, przemawiał na niej prezydent Putin. W tłumie rozległy się okrzyki: „Następna Finlandia, a potem Polska”.

Ciekawy zatem scenariusz pisze Brzeziński nie tylko dla Ukraińców, z jednej strony strasząc Finów i Polaków rosyjską okupacją, a z drugiej podpowiadając Zachodowi i samej Rosji „finlandyzację” naszego wschodniego sąsiada, co de facto powtórzył właśnie w Brukseli podczas panelu dyskusyjnego polityków i ekspertów ze świata, zorganizowanego przez German Marshall Fund. Ale w czym ma rację prof. Brzeziński - Kawaler Orderu Orła Białego, w tym ma, zwłaszcza w kontekście jego strategii i rad, jak załatwić „konflikt ukraiński”, że:

„Polska powinna się zbroić, kupować sprzęt, modernizować i zwiększać armię”.

Żelazny kanclerz Rzeszy Niemieckiej Otto von Bismarck całą tę filozofię ujął w jednym zdaniu:

„Pośród wszystkich instytucji każdego kraju armia ma znaczenie nadrzędne, gdyż umożliwia trwanie pozostałych, to armia stanowi o istnieniu lub upadku wszelkich swobód politycznych i obywatelskich”…

Nasz minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak poinformował ze dwa tygodnie temu, że Polska zainteresowana jest zakupem w USA pocisków tomahawk dla naszych okrętów podwodnych, które… mamy kiedyś mieć, tzn. w 2030r. Alleluja, alleluja!, cóż za imponujące, dalekosiężne myślenie spółki PO-PSL, teraz należałoby chyba tylko dać w tej intencji na mszę…

Jest tylko jeden szkopuł: jak uprzedził ambasador USA Stephen Mull, nie wiadomo, czy w ogóle je dostaniemy, wiadomo natomiast, co z kolei powiedział gen. Leonid Iwaszow, doradca rosyjskiego ministerstwa obrony, że byłby to „akt jednoznacznie antyrosyjski”. Szkoda byłoby, przecież nasze partnerskie, przyjacielskie stosunki z Rosją, zapoczątkowane przez premiera Donalda Tuska układają się tak znakomicie…