W połowie grudnia Gazeta Wyborcza apelowała w tonie dramatycznym, a nawet cokolwiek histerycznym:

Teraz nie można odpuścić. Trzeba rzetelnie policzyć i przeanalizować nieważne głosy. I jak najszybciej ogłosić raport, który wyjaśni, dlaczego wyborcy wrzucali do urn niewypełnione karty, czy ktoś kart nie podrzucał itp. Sądy muszą rozpatrzyć protesty wyborcze, nawet te ewidentnie inspirowane przez partyjną propagandę.

Prawda, że redaktor Wojciech Czuchnowski wzniósł nad państwowotwórcze poziomy? Robi wrażenie, jak nie przymierzając Mochnacki przy klawikordzie. Jednak ze strony władzy odpowiedziało Czuchnowskiemu jedynie głuche milczenie. Ale nic to, Gazeta Wyborcza nie odpuszczała. W połowie lutego wystosowała na swoich łamach kolejny egzaltowany adres do władzy, czyli Państwowej Komisji Wyborczej, a także najwyższych instancji sądowych w Polsce. W domyśle także i do prezydenta Bronisława Komorowskiego, dla którego prezesi Sądu Najwyższego, Trybunału Konstytucyjnego i Naczelnego Sądu Administracyjnego są dosłownie na skinienie.

Tym razem redaktor Czuchnowski zagrał kartą mitu o sfałszowaniu wyborów, który to mit należy rozbić:

Dziś opozycja nie pamięta już o wyborach samorządowych. Ale mit o wyborczym oszustwie pozostał w umysłach wielu ludzi. Dla dobra demokracji trzeba ten mit rozbroić. Po uprawomocnieniu się orzeczeń sądowych trzeba rzetelnie policzyć i przeanalizować nieważne głosy do sejmików. I jak najszybciej ogłosić raport, który wyjaśni, dlaczego wyborcy wrzucali do urn niewypełnione karty, czy ktoś kart nie podrzucał itp.

Niestety, także tym razem wszystkie możliwe władze i instancje nie zareagowały na wołanie Gazety Wyborczej o zburzenie mitu. Bardzo dziwna historia. Bo może nie wszyscy pamiętają, że kiedy Jarosław Kaczyński zasugerował fałszerstwo wyborcze, to patrioci z obozu władzy okropnie się zdenerwowali, że Kaczyński niszczy demokrację, podważa zaufanie społeczne i generalnie sieje zgorszenie wśród ludu wyborczego. Wydawać więc by się mogło, że w tej sytuacji nic tak nie pomoże chwiejącej się demokracji, jak przeliczenie i analiza głosów nieważnych. Władza powinna stanąć na głowie, aby to zrobić. Choćby dlatego, żeby otworzyć oczy niedowiarkom i zamknąć gębę wrażemu Kaczyńskiemu. A także potwierdzić fantastyczny wzlot PSL, co spowoduje, że już cały świat będzie gorączkowo dopytywał, kto to jest ten Piechociński.

Po prostu nie do wiary, lecz redaktorowi Czuchnowskiemu nie odpowiedziało nawet echo, nie wspominając już o prezydencie czy sądach. Wręcz przeciwnie, nowy przewodniczący PKW, sędzia Hermeliński przeszedł do porządku dziennego nad faktem, że karty wyborcze mogą być niszczone:

Poprzednia Komisja podjęła taką decyzję ale ona wcale nie musiała być honorowana przez wójtów, burmistrzów, prezydentów, którzy głosy przechowują. Ślą do nas listy, co z nim zrobić. Odpowiadamy, że mają stosować się do przepisów, które ich obowiązują, czyli nie można wykluczyć, że głosy są niszczone.

Na nic się więc zdały protesty opozycji, apele Gazety Wyborczej ani głosy profesorów(Czaputowicz, Dudek, Kamiński):

Problem jaki ma młoda polska demokracja z ubiegłorocznymi wyborami samorządowymi wymaga podjęcia działań o charakterze nadzwyczajnym. Władze RP powinny rozważyć nie tylko powołanie interdyscyplinarnego zespołu naukowców, który zająłby się szczegółowym zbadaniem wyników wyborów, ale także uniemożliwić niszczenie zachowanych kart do głosowania i przyjąć ustawę o ich ponownym przeliczeniu”.

Zarówno rząd, prezydent, PKW i najwyższe instancje sądownicze dosłownie „olewają” rzekome niszczenie fundamentów demokracji, jak sami niedawno nazwali kwestionowanie rzetelności wyborów. Pokazali nam wszystkim, jak się zgina dziób pingwina. Tak, ci nobliwi i czcigodni prezesi PKW, TK, NSA, SN, wraz z obywatelskim prezydentem Komorowskim, a także troskliwa mamuśka premier Kopacz wykonali pod adresem Polaków gest określany frywolną frazą „Takiego wała!”. Pomimo tego, że Klub Jagielloński z Krakowa ma gotowy zespół naukowców, politologów i socjologów; pomimo że Fundacja Batorego podejmuje się zbadać te głosy. Państwo zatem ma siły i środki, żeby to zrobić, lecz władza nie chce zweryfikować swojej tezy o rzetelności wyborów.

Jest to tak drastyczne rozminięcie się z deklarowaną publicznie troską o demokrację, że musi budzić podejrzenie o intencje odwrotne. Trudno się oprzeć wrażeniu, że ta władza nade wszystko pragnie ukryć fałszerstwo wyborcze. Bowiem absolutna odmowa podjęcia tematu analizy głosów nieważnych przez prezydenta, rząd, Sejm, prezesów TK, NSA, SN i PKW, jest pośrednim dowodem na sfałszowanie wyborów samorządowych w 2014 roku.

Demokracja demokracją, ale rzetelności wyborów lepiej nie sprawdzajmy – oto dewiza niepraktykujących obrońców demokracji. Zapamiętajmy ich – Komorowski, Kopacz, Piechociński, Rzepliński, Hermeliński, Gersdorf, Hauser – z jakichś tajemniczych powodów boją się potwierdzenia własnych deklaracji o rzetelności wyborów. To ewenement na miarę afrykańskich republik bananowych. Gazeta Wyborcza, gdyby była konsekwentna i naprawdę troszczyła się o praworządność, powinna wybić te nazwiska wielką czcionką na pierwszej stronie. Jako utrwalaczy mitu o wyborczym oszustwie, rzecz jasna