Prezentujemy fragment książki wydawnictwa Biały Kruk „Wygaszanie Polski 1989-2015”, w którym 21 autorów diagnozuje wygaszanie polskiego państwa w poszczególnych obszarach życia. Poniżej część tekstu Piotra Naimskiego o wygaszaniu polskiej energetyki:

Do 1989 r. rządzili Polską sowieccy agenci. W połowie lat 1980., pod koniec zimnej wojny narodził się w Moskwie pomysł przekształcenia imperium sowieckiego. Był to moment, w którym z punktu widzenia Rosjan należało zacząć próbować utrzymać wpływy w Europie Środowej przy pomocy narzędzi gospodarczych, rezygnując z komunistycznej ideologii i wojskowej obecności. O tym, że doktryna Falina-Kwicińskiego była planem strategicznym dla polityki rosyjskiej, świadczy oficjalnie opublikowana strategia bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej z 2003 r. Na stronie 141 mówi się wprost, że eksport surowców – ropy naftowej i gazu – ma służyć realizacji interesów politycznych Federacji Rosyjskiej między Atlantykiem a Pacyfikiem. Być może Rosjanie muszą dokonywać tajnych operacji, aby osiągnąć cele, ale nie widzą konieczności ukrywania swoich zamiarów.

Premier Buzek zapytał mnie kiedyś, już po długim okresie pracy nad projektem norweskim, „dlaczego z tym gazem jest tak trudno?”. Odpowiedziałem, że po pierwsze mamy do czynienia z rosyjską agenturą, a po drugie – w grę wchodzą ogromne pieniądze. Takie pieniądze, które są w stanie skorumpować wiele osób, za które można mały kraj po prostu kupić, a dużemu krajowi – takiemu jak Polska – przysporzyć wiele kłopotów. Przy kontraktach wartych miliardy dolarów można liczyć na miliony łapówek. Ambasada rosyjska nie musiała i nie musi przekazywać pieniędzy w walizce. W krajach, gdzie Rosjanie zdobywali rynek dla swojego gazu, takich jak Polska, Włochy czy Bułgaria, tworzyli bardzo małe, w gruncie rzeczy niepotrzebne spółki pośredniczące w handlu gazem, przez które przechodziła część kontraktów. Działalność tych spółek polegała wyłącznie na przekładaniu papierów, ale stosowały one odpowiednio wysoką marżę, a ich dochód był opodatkowany zgodnie z prawem w kraju docelowym. Z tymi „wypranymi”, „czystymi” pieniędzmi władze spółek, składające się z „zaufanych” osób lub osób „do opłacenia”, mogły już robić, co tylko chciały. Nie zamierzaliśmy rozmawiać z takimi pośrednikami. Tyle że decyzją rządu Leszka Millera, a właściwie wicepremiera Marka Pola z 2003 r., podpisany został aneks do kontraktu jamalskiego obniżający dostawy i stwarzający konieczność dokupienia – w dalszym ciągu na Wschodzie! – około 2 mld m3 gazu. Okazało się wówczas, że na rynku gazowym działają spółki oferujące Polsce rosyjski surowiec. Na tym polegała „zasługa” wicepremiera Pola – na otwarciu drogi do wprowadzenia do handlu ze Wschodem pośredników.

W 2004 r. powstała rosyjsko-ukraińska spółka RosUkrEnergo, udziałowcami zostali ludzie, którym wytykano później powiązania ze światem przestępczym, gangsterskim. Równocześnie jednym z udziałowców był Gazprom. Kiedy w 2007 r. musieliśmy na kolejne trzy lata zapełnić braki wynoszące 2 mld m3 gazu, Rosjanie stwierdzili, że dostawcą może być jedynie RosUkrEnergo. Podczas decydujących rokowań w Moskwie siedzieli przy jednym stole członkowie polskiej delegacji, reprezentanci Gazpromu i przedstawiciele ­RosUkrEnergo. Rosjanie wyrazili zgodę na podpisanie umowy na dostawę brakujących Polsce dwóch miliardów metrów sześciennych gazu pod warunkiem, że zgodzimy się na dziesięcioprocentową podwyżkę cen surowca z głównego kontraktu jamalskiego. To był szantaż, wobec którego byliśmy bezradni. To był pierwszy tego typu otwarty szantaż. Musieliśmy mu ulec.

W 2001 r. udało się wynegocjować i doprowadzić do podpisania umowy z Norwegami i Duńczykami. Piotr Woźniak prowadził negocjacje i pilnował sprawy z pozycji wiceprezesa PGNiG-u, a ja – z ramienia Rady Nadzorczej i Kancelarii Premiera. Zawsze też mogliśmy liczyć na pomoc pani Barbary Litak-Zarębskiej, wtedy wiceminister Skarbu Państwa. Kontrakty zostały zatwierdzone przez Radę Nadzorczą PGNiG-u i przez właściciela, czyli polski rząd. Do dopełnienia i uczynienia wszystkich tych kontraktów obowiązującymi brakowało jedynie notyfikacji. To był wyścig z czasem, bowiem kończyła się już kadencja rządu AWS-u – zabrakło kilku tygodni. Już podpisane i zatwierdzone korporacyjnie dokumenty należało tylko przesłać do Norwegii, ale Leszek Miller tego nie zrobił… Pytanie, czy mogliśmy zdążyć…? Można było zdążyć, ale napotykaliśmy opór na poziomie technicznym. Na przykład w momencie kluczowym dla całego projektu prezesem PGNiG-u został nie Piotr Woźniak, a Andrzej Lipko, a Lipce się nie spieszyło… O obsadzie stanowiska prezesa PGNiG-u faktycznie decydował minister gospodarki Janusz Steinhoff.

Zerwanie polsko-norwesko-duńskich porozumień w sprawie dostaw gazu do Polski to kwestia, która u spokojnego na ogół Leszka Millera wywołuje ataki furii, kiedy jest o to publicznie pytany i kiedy stawiamy mu zarzuty. Nie potrafi wytłumaczyć się ze swojej decyzji. Twierdzi, że kontrakt norweski był drogi i niepotrzebny…, a poza tym – mijając się z prawdą – że nie był podpisany. Po jednej stronie mamy takie bajeczki, a po drugiej – strategiczny interes i bezpieczeństwo polskiego państwa. Miller jest szkodnikiem. Nie wiem, czy jest agentem. Wiem, że zrealizował interes rosyjski. Zrobił coś, co godzi w fundamenty Polski, za co powinno się go postawić przed Trybunałem Stanu. Upiekło mu się oczywiście dlatego, że żyjemy w III Rzeczypospolitej, która powstała w wyniku tzw. transformacji ’89, a nie w normalnie funkcjonującym polskim państwie. Trudno nie być tym oburzonym. Również w wielu innych dziedzinach trwają negatywne konsekwencje tych zaniechań. Daliśmy się zbiorowo oszukać przy nieskutecznym niestety proteście mniejszości. Pozostaje smutna satysfakcja bycia wśród tej mniejszości.

Piotr Naimski, „Wygaszanie Polski 1989-2015“